rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: Angelo Badalamenti (22.03.1937-11.12.2022)

To chyba jeden z najsmutniejszych – jeśli nie najsmutniejszy – wpisów na tym blogu. Dotychczas byłem przekonany, że umiem rozgraniczyć żal po śmierci osób mniej lub bardziej bliskich, znanych mi osobiście i mający bezpośredni (cokolwiek by to oznaczał0) wpływ na moje życie, a żal po osobach „wirtualnych”, które znam jedynie z wywiadów, może biografii itp. Wczoraj ta granica się zatarła. Bo jakkolwiek pretensjonalnie to nie zabrzmi, mam poczucie że jeśli życie ma własną ścieżkę dźwiękową, to właśnie odszedł jeden z głównych twórców mojej.

Jeśli nie jesteście tu pierwszy czy drugi raz to wiecie, jak kluczowe znaczenie dla mnie, mojego gustu czy po prostu zycia, ma twórczość Davida Lyncha, „Twin Peaks” w szczególności. Odważę się stwierdzić, że nie pokochałbym tego serialu gdyby nie muzyka Angelo Badalamentiego. Mówiąc dosadniej – nie byłoby Twin Peaks bez TEJ ścieżki dźwiękowej. Czy wyobrażam sobie ten serial bez któregokolwiek z aktorów, postaci przez nich granych czy też konkretnych wątków? Z trudem, mniejszym lub większym w zależności o kim mowa, ale tak. Bez muzyki A.B. sobie nie wyobrażam.  Nie zapomnę nigdy uczucia, z jakim słuchałem Main Theme, słyszalnego w czołówce serialu. Przysięgam, że nigdy wcześniej czy później żadna muzyka nie wywołała we mnie takich emocji, takiej radości na poziomie właściwie metafizycznym. Miłość od pierwszego usłyszenia, że tak dość sucho to ujmę.

A przecież to zaledwie, choć kluczowy, fragment arcydzieła jakim jest soundtrack do Twin Peaks. Nawet nie chcę się rozpisywać o „Laura Palmer’s Theme” – obejrzyjcie video poniżej, nigdy nie widziałem wspanialszego opisu procesu twórczego. I być może jest w tym coś, że gdyby obiektywnie spróbować opisać klimat Twin Peaks jedną kompozycją, to byłby właśnie ten temat. A jest jeszcze choćby „Audrey’s Dance”, „Dance of the Dream Man”, „Freshly Squeezed” – tu akurat bardziej niż w syntezatorowych tematach głównych słychać jazzowe inspiracje Badalamentiego. No i nie zapominajmy o wspaniałych tematach z sezonu drugiego i revivalu – skandalicznie niedocenionych, bo przytłoczonych geniuszem soundtracku sezonu pierwszego. „Dark Space Low”, czyli ostatnia kompozycja jaką słychać w serialu (a konkretnie w napisach końcowych ostatniego odcinka „The Return”) to chyba najsmutniejsza rzecz jaką w życiu słyszałem, and I really mean it.

Nie jest przypadkiem, że soundtrack do pierwszego sezonu Twin Peaks stał się swoistym benchmarkiem dla każdego dzieła, które aspiruje do lokowania się pomiędzy jawą a snem. Kiedy określa się coś mianem lynchowskim, to przeważnie ma się na myśli także dźwięki Badalamentiego. A przecież nie jest też tak, że kolaborację Badalamenti-Lynch da się zamknąć w ramach wyznaczone przez dźwięki Twin Peaks. Absolutnie ubóstwiam muzykę do „Prostej Historii”, równie wyjątkowej co sam film. Nierzadko zdarza się, że reżyserzy, chcący spróbować czegoś innego, korzystają w tym celu także z innych współpracowników. Chociaż „Prosta Historia” stanowi niemal 180-stopniowy odwrót od dotychczasowej filmografii Lyncha, to mimo to ponownie zaufał Badalamentiemu, który odpłacił się przyjacielowi, w moim mniemaniu, muzycznym arcydziełem. Chcesz bym zalał się łzami wzruszenia, wystarczy że mi puścisz „Laurens Walking”.

No dobrze, ktoś zapyta, to skoro był tak genialny to czemu ja go nie znam, a znam natomiast takich kompozytorów filmowych jak Williams, Zimmer, Morricone czy Horner? Fakt, patrząc na listę filmów opatrzonych muzyką Badalamentiego trudno nie odnieść wrażenia, że jedyne wybitne dzieła tam to te nakręcone przez Lyncha, jest tam natomiast sporo szrotu pokroju którejś części „Koszmaru z ulicy Wiązów”. Lista nagród też skromna – jedno Grammy za „Falling”, o Oscary nawet się nie otarł. Widocznie Badalamenti potrzebował Lyncha, tak jak Lynch potrzebował Badalamentiego. Tym samym perspektywa nowego filmowego (czy też serialowego) dzieła DL jeszcze bardziej się oddala…

 

Leave a Reply