Chora na siebie
reżyseria: Kristoffer Borgli
Będąc zupełnie szczerym, uważam się za człowieka o ograniczonej empatii. Tzn. jeśli uważam kogoś za złego człowieka (lub głównie zło czyniącego, co w sumie na jedno wychodzi), to niespecjalnie chcę tracić czas i energię na dostrzeganie jego zalet, rozkminianie przyczyn jego/jej zachowania itp. itd. Wolę skupić swą troskę na tych, którzy mają chujowo chociaż nikomu nie zawinili.
Oczywiście w kontekście X muzy sprawy mają się odrobinę inaczej. W końcu kto nie lubi oglądać na ekranie antybohaterów czy zwykłych szumowin – czy to komiksowych, czy tych bardziej osadzonych w rzeczywistości. Nie mam z tym problemu, o ile twórca nie próbuje mnie przekonać, że to co robi dana postać jest cool – dlatego z dzisiejszej perspektywy mam lekki etyczny problem z „Wilkiem z Wall Street”, chociaż film sam w sobie genialny. Jest jednak jeszcze druga kategoria „villainów” – czyli postaci w swej zgniliźnie moralnej zwyczajnie żałosnych. Którym nie jestem w stanie w żaden sposób kibicować i z nimi sympatyzować – nawet na swój perwersyjny sposób, uwzględniając umowność świata wykreowanego. Dlatego ciężko mi się oglądało „F is for Family”, bo główny bohater był tak odpychający, że oglądanie całości sprawiało mi dosłowny ból, chociaż wiem że dokładnie taki był zamiar.
Tym samym przechodzimy płynnie do powstałego w Skandynawii „Chora na siebie”. Początkowo nic nie zapowiada najgorszego – główna bohaterka pracuje jako kelnerka w knajpie, do której pewnego dnia wchodzi zakrwawiona kobieta, pogryziona przez psa. Signe (bo tak się nazywa owa bohaterka) przytomnie udziela kobiecie pierwszej pomocy, za co słusznie zbiera zewsząd pochwały – i my jako widzowie także jej przyklaskujemy. Tyle że jeszcze nie wiemy, że jest to woda na młyn dla Signe, dla której potrzeba atencji jest potrzebna jak tlen. I w zwróceniu na siebie uwagi nie cofnie się dosłownie przed niczym.
Przyznam, że „Chora na siebie” dała mi wyjątkowo do myślenia, właśnie z powodów wspomnianych we wcześniejszych akapitach. Tym bardziej, że w gruncie rzeczy reżyser nie daje żadnego wytłumaczenia, backgroundu, który pozwoliłby zrozumieć Signe – nie wiemy nic o jej historii. A jednak, wbrew sobie i swoim przekonaniom, poczułem że jest mi Jej żal. Nie wiem czy taki był zamiar (i tę niejednoznaczność poczytuję jako zaletę filmu), ale to co na pierwszy rzut oka wydaje się być nastawioną na komediowy efekt pogonią za coraz bardziej wymyślnymi i na Cronenbergowski sposób obrzydliwymi sposobami zwrócenia na siebie uwagi, jest na dobrą sprawę stadium galopującej choroby. Inna sprawa, że może być to dość życzeniowa perspektywa – czasem ludzie zachowują się jak skrajne zjeby, bo są skrajnymi zjebami – i nie muszą mieć w sobie jakiejś obcej, chorobowej jednostki by tak postępowac.
Niejednoznaczny jest także wątek partnera – o tyle istotny, że to on jest motorem napędowym zachowań Signe. Thomas jest artystą, chociaż także jego sztuka sama w sobie ma pewną dozę żałości – bo jest ona niczym więcej jak kradzionymi z salonów meblowych krzesłami, osadzanymi w lekko tylko zmodyfikowanym kontekście. Mimo to z jakiegoś powodu ludzie uwielbiają Thomasa, nakręcającym tym samym frustrację Signe. Czy jednak Thomas świadomie popycha Signe w Jej obłęd? W mojej interpretacji nie, ale i tutaj pole do interpretacji pozostaje otwarte, co jest kolejnym plusem na koncie reżysera.
No i rzecz być może najważniejsza – czy należy wieszać psy i rzucać kamieniem w takie postacie jak Signe w 21 wieku, w dobie social mediów, w których obecny jest niemal każdy i niemal każdy sprzedaje swoją prywatność, myśli za te przynajmniej kilka lajków? Oczywiście nie sugeruję, że każdy po wrzuceniu postu lub zdjęcia czuwa przy telefonie i liczy polubienia – ale jeśli coś udowodniła popularność fejsbuka i instagrama to to, że KAŻDY ma w sobie coś z atencjusza. Dramat Signe polega na tym, że nikt w porę Jej nie powstrzymał i nie dał możliwości zbudowania poczucia własnej wartości na sensowniejszych fundamentach.
Jeden z oryginalniejszych, prowokujących filmów jakie widziałem nie tylko na Nowych Horyzontach, ale od dłuższego czasu – także wizualnie. Zdecydowanie warto.
najlepsza scena: brak
ocena: 8,25/10
