rageman.pl
Muzyka

Ed Sheeran

gdzie: PGE Narodowy

kto: Ed Sheeran

 

A zatem zamknijcie oczy i spróbujcie sobie wyobrazić Najpopularniejszego, a zatem można założyć że Najbardziej Uwielbianego Człowieka na Ziemi. No dobrze, zawęźmy jego/jej popularność do sfery artystycznej. Muzycznej, konkretnie. A że muzyka jest najpopularniejszą ze sztuk, tym samym wciąż możemy mówić o naprawdę ścisłej czołówce in general. Taki Cristiano Ronaldo Muzyki. Kogo sobie wyobrażaliście? Młodą boginię o urodzie i seksapilu roztapiającym żelazo? Przystojniaka o charyzmie którą można by obdzielić całe pokolenia? A może jakąś androgeniczną postać łączącą wszystkie te zalety, swoisty Übermensch popkultury? Może nie chce Wam się daleko szukać i po prostu wyobraziliście sobie Michaela Jacksona na nowe czasy?

Nie szukajcie dalej, Wasza Idealna Gwiazda Muzyki istnieje. Jest lekko onieśmielonym, ryżym normikiem, którego sposób na porwanie tłumów polega na śpiewaniu prostych piosenek na gitarę akustyczną i looper. Nazywa się Ed Sheeran.

Oczywiście można dyskutować na temat kryteriów tego rankingu. Gdyby patrzeć na media społecznościowe – Facebook, Instagram, Twitter, nawet TikTok – to tutaj Anglik rzeczywiście słabo wypada. Ale już w swojej muzycznej niszy chłopak nie ma sobie równych. Najwięcej słuchaczy na Spotify, najwięcej wyświetleń na YouTube. Innymi słowy – może nie każdy chce go oglądać, ale już słuchać tak. A najlepiej połączyć obie te kwestie- o czym może świadczyć fakt, że chłopak wyprzedał największy obiekt w Polsce. I to dwa dni pod rząd. I to już drugi raz w historii, bo to samo było w 2018 roku. I sytuacja wygląda podobnie w innych krajach.

I przyznam bez bicia, że oglądając w piątkowy wieczór drugi z koncertów, czułem się trochę jak ten Mirosław Trzeciak, który odrzucał Lewandowskiego z Legii Warszawa. Bo o Sheeranie pisałem już w 2012 roku, a konkretnie o jego EPkach, z dzisiejszej perspektywy zupełnie nieistotnych dla jego dyskografii (no bo kto pamięta „The Slumdon Bridge” nagraną z Yelawolfem? I kim w ogóle jest Yelawolf?). Wprawdzie było to po debiutanckim albumie, który nie przyniósł AŻ TAKICH hitów jak późniejsze wydawnictwa, ale chyba jednak wypadałoby już rozpoznać talent. Dla mnie tymczasem to był kolejny z linii sympatycznych artystów z UK, o których za kilka lat będą pamiętać wyłącznie anglofile. Duffy, Bat For Lashes, La Roux, Ed Sheeran. Fajny zestaw na retro playlistę w stylu brytyjskim. Po co nam Ed Sheeran, skoro mamy Jamesa Bay’a. Eshhh.

Inna sprawa, czy sam koncert był rzeczywiście na poziomie Największej Gwiazdy Muzyki na Świecie? Ośmielę się stwierdzić, że nie. Oczywiście to wciąż był co najmniej dobry koncert i skoro wciąż tyle osób tak tłumnie przybywa na koncerty Rudego, płacąc za to niemałe pieniądze, no to kim ja jestem by kwestionować słuszność ich decyzji. Ale jeśli już robi się koncert na tym Narodowym i całkiem niegłupio aranżuje tę przestrzeń, stawiając scenę na samym środku płyty (w otoczeniu ładnie wyglądających, całkiem sporych rozmiarów świecidełek i ekranu ledowego typu garnek), to oczekiwałoby się więcej niż harcowania z gitarą w tę i z powrotem. Gdyby nie fakt, że scena była obrotowa, to tego ruchu byłoby jeszcze mniej. A może chociaż kapitalna energia grania zespołowego, na podobieństwo koncertu Harryego Stylesa? A gdzie, nie dość że zespół był rozstawiony na platformach po całym stadionie (co w sumie samo w sobie było dosyć intrygujące), to jeszcze po samej muzyce trudno było zarejestrować kiedy ten zespół gra, a kiedy Ed sam sobie wszystko generuje z loopera itp. Oczywiście to nie jego wina że tak to wyglądało, widocznie chłopak czuje że tak właśnie chce prezentować swoją twórczość. Mając tylu chętnych do wysłuchania go, nie mógłby grać na bardziej kameralnych obiektach, bo by nigdy nie wyjechał z Polski. A jednak trochę się czułem tak, jakbym w IMAXie w wersji 3D oglądał kino moralnego niepokoju w wersji na trzech aktorów i jeden pokój.

No dobra, a muzyka? Ano była, w tym wszystkie te hity dzięki którym na tymże stadionie się znalazł. Nie będę ściemniał że jestem ekspertem od dyskografii Sheerana, więc najbardziej podobało mi się w drugiej części koncertu, kiedy coraz gęściej robiło się od hitów. A konkretnie gdzieś od wysokości „Love Yourself”, napisanego dla Biebera (skoro mowa o „coverach” – szanuję wplecenie mojego najntisowego faworyta „No diggity” do „Don’t”). Przy „Sing” poczułem nadzieję, że skoro nie ma show to przynajmniej wszyscy potańczymy. Miłym (i bardzo ładnym muzycznie) gestem było wykonanie „2step” z ukraińskim Antytila, a potem wyciągnięcie żółto-niebieskiej flagi. Swoją drogą, poza tym że w pewnym momencie Ed wyskoczył w bluzce z herbem Polski, to niespecjalnie próbował się przymilić do publiki… Ujmująco zrobiło się też przy „Perfect”, zakładając że ktoś nie ma problemu ze wzruszeniem kiedy cały oświetlony stadion śpiewa jednym głosem. Na koniec jeszcze wiązanka „Shape Of You”, „Bad Habits” i „You Need Me, I Don’t Need You”, najlepiej eksponujący rapowe korzenie Sheerana, i tyle. Zaraz, a gdzie jego najlepszy numer „I See Fire”?!?

Będąc w Polsce Ed zabalował w jednym z warszawskich klubów, krąży też po sieci filmik jak wali Tyskie z puchy. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości – z typem można by konie kraść i walić wódę do rana. Nie ma co też polemizować z faktem, że chłopak umie w muzykę (a na pewno w single) – o ile poprzeczkę zawieszamy na racjonalnym poziomie, a nie w okolicach symfonii Pendereckiego i europejskiego free jazzu. Ale już o to, czy umie w stadiony to mógłbym się spierać. Czy się nauczy? Przypuszczam, że nie ma takich ambicji nawet. I spoko. Ale następnym razem już raczej obejrzę w domu na streamie lub DVD.

 

najlepszy moment: no niech będzie że obiektywnie to ten „Perfect”

ocena: 7,75/10

Leave a Reply