rageman.pl
Muzyka

Harry Styles

gdzie: Tauron Arena, Kraków

kto: Harry Styles, Wolf Alice

 

Są takie relacje z koncertów, gdzie można od razu przejść do sedna, nie tracąc czasu (mojego i czytającego) i miejsca na jakieś przydługie wstępy. Tu jednak czuję, że bez przedstawienia kontekstu może umknąć wyjątkowość poniedziałkowego wieczoru.

Zacznę więc od takiej refleksji – nie ma nic złego w tym, że ktoś nie zna jakiegoś artysty/dzieła, które rzekomo powinni wszyscy znać. Serio, jest tyle do ogarnięcia że zwyczajnie może umknąć nawet coś najbardziej oczywistego, zwłaszcza że jeszcze warto znaleźć czas na tzw. życie. Złe i wybitnie irytujące jest, kiedy ktoś ze swojej nieznajomości czyni cnotę. Najczęściej objawia się ona w komentarzach na fejsie – „Dawid Podsiadło? Michael Jackson? Drake? A kto to taki?”. W domyśle – jestem ponad znajomość rzeczy dla plebsu i dzieła pod strzechy, ja tylko Olga Tokarczuk i zespół znajomych grających w garażu obok.

A jednak, kiedy 8 lat temu zaczynałem pracę w Sony Music, ja naprawdę nie miałem pojęcia że istnieje taki zespół jak One Direction. Mimo tego, że nigdy nie byłem obrażony na pop, bynajmniej! Siłą rzeczy (tj. ze względu na to że 1D stało się częścią mojej pracy) wdrożyłem się w temat i, co tu dużo mówić, może nie zapisałem się do fanklubu, ale już na listę rezerwową tak. Z całą sympatią dla bohaterów mojej młodości – Backstreet Boys i N Sync – ale słychać było różnicę w jakości, a dodatkowo kupili mnie trudno definiowalnym, brytolskim vibe’m który uwielbiam. Niejako świadczyć o tym mogą też dalsze, solowe perypetie członków po rozpadzie zespołu – jasne, nie jednakowo efektywne, ale jednak każdy podjął próbę, która obeszła nie tylko najwierniejszych fanów.

Od początku nikt jednak nie miał wątpliwości, że to solówka najbardziej charyzmatycznego z całej piątki powinna najbardziej namieszać „w branży”. I tak też się stało – co było o tyle szokujące, że „Harry Styles” brzmiał momentami jak zaginiony album Fleetwood Mac, a wiodący singiel „Sign Of The Times” jak radio edit jakiegoś (dobrego) prog rockowego bandu. Myślę, że niejeden czytelnik „Teraz Rocka” doznał zawału widząc recenzję albumu członka One Direction w swoim ulubionym magazynie, ale rzeczywiście było to odpowiednie miejsce dla tej płyty (zapomnijmy na chwilę, że generalnie Teraz Rock to trudne miejsce dla każdego wykonawcy poniżej 50-ego roku życia).

I gdy już się wydawało że za chwilę Harry zapuści wąsa i zacznie nagrywać bluesa na Śląsku, w 2019 roku wyskoczył z „Fine Line” – perfekcyjną płytą pop, z przebojem na przeboju, brzmiącą jak zaginiony klasyk. Jeśli ktoś wciąż się dziwi, że Rolling Stone uwzględnił ją w ostatnim updejcie swej słynnej listy 500 najlepszych albumów to najprawdopodobniej nigdy jej nie słyszał. I chyba po wydaniu tej płyty zaczęła się prawdziwa Harry-mania – okazało się, że chłopaka lubi dosłownie każda osoba na świecie. Reżyserzy, projektanci mody, gospodarze talk show, społeczność LGBT, krytycy muzyczni, chłopaki, dziewczyny, fani Eski, bywalcy Off Festiwalu. I kiedy ogłaszają koncert w Polsce, pytaniem nie jest czy się wyprzeda tylko to, jak Tauron tych wszystkich ludzi pomieści?

Odpowiedź na to pytanie finalnie padła dopiero rok później z wiadomych względów. W międzyczasie HS nagrał nowy album  i koniec końców koncert mający promować „Fine Line” okazał się pierwszą okazją do posłuchania materiału z „Harry’s House” na żywo. Nie będę ukrywał, że z trzech solowych dokonań stawiam najnowsze dzieło najniżej, choć to wciąż świetna rzecz. I trudno odrobinę nie żałować, że rok temu koncert zawierałby chociażby więcej materiału z debiutu, z którego w poniedziałek usłyszeliśmy tylko dwie singlowe rzeczy (podczas gdy najpiękniejsze momenty tego albumu dzieją się w jej najskromniejszych rejonach). Tyle z minusów, na które zresztą nikt nie miał wpływu. Teraz będzie sama laurka.

Najkrócej rzecz ujmując – myślę, że koncert takie jak ten krakowski czy ogólnie te które gra Harry Styles są najbliżej tego, co czuli bywalcy  koncertów The Beatles, a trochę później Michaela Jacksona. Nie wiem czy od czasu Fab Four był jakikolwiek wykonawca, który łączyłby taki poziom fanowskiej ekstazy (przy pisku na wejście na scenę Harryego serio można było stracić słuch) z najwyższą jakością muzyczną. Nic nie ujmując idolom młodzieży, którzy wypełniali stadiony na przestrzeni ostatnich dekad – ale zazwyczaj jakość jest odwrotnie proporcjonalna do „zasięgu”. Tu oba pokrętła są wykręcone na maxa, a w dzisiejszych czasach to rzecz coraz rzadziej spotykana, nawet jeśli sam Pop się znacznie rozwinął od czasu przysłowiowej Britney Spears. Ale też wolę porównanie do Fab Four niż Jacko z tego względu, że ten koncert nie miał żadnych „dopalaczy”, efektów robiących show, fajerwerków, pontonów itp. Scena, zespół, telebim (na którym głównie pokazywano to co się działo na scenie) i On, ciągnący temat bez jakichkolwiek playbacków, backing tracków. Muzyka w stu procentach.

Minusem takich „czystomuzycznych” koncertów jest jednakowoż to, że w sumie co można więcej napisać niż to, co można wywnioskować z samej setlisty? Już na sam początek dwa ciosy z „Fine Line” w postaci „Golden” i „Adore You”. Równie przebojowo zrobiło się na sam bis, z trzema największymi hitami z każdego albumu (kolejno „Sign of The Times”, „Watermelon Sugar” i „As It Was”). A w międzyczasie gęsta promocja najnowszego dzieła. Wyciszonego, więc tutaj dużo pożytku było z wybiegu, do akustycznego śpiewania razem z fanami. I z wisienką na torcie w postaci „What Makes You Beautiful”, od którego wszystko się zaczęło.

Harry? Najkrócej chciałoby się ująć tak: jest cudowny <3 Ale przyzwoitość recenzencka (lol) każe kilka słów dodać, więc dodaję – bezbłędny kontakt z fanami. Naturalność, urok, humor (dobre 5 minut koncertu to było śpiewanie „sto lat” każdemu kto zgłosił że ma urodziny tego dnia). Ruch sceniczny który ma wymalowany na czole napis „JESTEM GWIAZDĄ” (i to jest komplement, abyśmy się źle nie zrozumieli). Wokalna bezbłędność. Słyszałem głosy sceptyków, że koncert na autopilocie i bez zbędnego forsowania się. Cóż, życzyłbym sobie by każdy wykonawca osiągał taki poziom na autopilocie. Owszem, siłą głosu Harry’ego jest barwa a nie pierdyliard oktaw, ale też sztuką jest zakrycie ograniczeń poprzez wyeksponowanie zalet. Dotyczy to zresztą nie tylko samej muzyki – cieszę się, że obyło się bez jakichś aluzji politycznych, społecznych (chyba że liczyć tęczową flagę rzuconą na scenę, z którą Harry później paradował). Nie odmawiam mu wiedzy na ten temat, ale czułbym że jest to wymuszony skok do empatycznego wagonu, którego ten koncert nie potrzebował, bo i tak był na maksa wypełniony miłością i dobrocią. W końcu nazwa trasy i „Treat People With Kindness” w setliście znikąd się nie wzięły.

Nie sądziłem że wrześniowy koncert Rage Against The Machine będzie miał jakąkolwiek konkurencję w kategorii wydarzenia roku. A już na pewno się nie spodziewałem takowej ze strony Harry’ego Stylesa. Życie, ty mały figlarzu.

(dodam na sam koniec, że dodatkowe punkty do szacunku za support w postaci Wolf Alice, którego prędzej bym się spodziewał przed Pearl Jamem czy wspomnianym RATM. Czysta moc gitar na przesterach i biorąc pod uwagę że to już drugi raz jak przypadkiem trafiam na ich koncert to wypadałoby chyba w końcu posłuchać ich na albumach)

 

najlepszy moment: obiektywnie to pięknie się zrobiło na „Lights Up”, subiektywnie – jeszcze przed koncertem wiedziałem, że będzie to „Adore You”

ocena: 9/10

Leave a Reply