Córka
reżyseria: Maggie Gyllenhaal
Im dłużej żyję na świecie tym jestem coraz bardziej przekonany o tym, iż nie ma czegoś takiego jak obiektywna ocena sztuki. Owszem, są pewne parametry które można w ten sposób ocenić – techniczne aspekty, oryginalność wypowiedzi, poszczególne składowe (w przypadku muzyki aranżacje czy produkcje, w filmie scenografia czy role aktorskie). I dobry krytyk, mający kompetencje podparte wykształceniem i znajomością skali, będzie w stanie je rozpoznać. Ale koniec końców finalna ocena zawsze będzie przefiltrowana przez subiektywne spojrzenie oceniającego. Gdyby było inaczej, oceny filmów dokonane przez świętej pamięci Rogera Eberta byłyby tożsame ze średnią na Metacriticu. A nie są – co nie zmienia faktu, że w powszechnej opinii Ebert jest uznawany za jednego z największych w kategorii krytyki filmowej. Na subiektywność oceny składa się oczywiście wrażliwość oceniającego, ta z kolei wynikająca z doświadczeń życiowych. Ale też dodałbym tu timing. Film który zachwycił nas w listopadzie ’18 mógłby być skrajnie inaczej odebrany w wakacje dwa lata później.
Stąd ten przydługawy wstęp? Otóż okoliczności są takie, że jest wojna. Umierają niewinni ludzie, rodzinne szczęście jest rozbijane przez rosyjskie karabiny i potrzebę bronienia kraju przez ojców i mężów. Być może jesteśmy na drodze ku Trzeciej Wojnie Światowej. A tymczasem oglądam historię kobiety, która z własnej woli porzuciła swoje dzieci. I jest ta historia przedstawiona w sposób pozostawiający widzowi pole do współczucia protagonistce. Niestety, nawet nie potrafię podjąć tej próby.
Inna sprawa, że nawet odstawiając na bok moje uprzedzenie, sam film (czy też reżyserka) nie pomaga „zaprzyjaźnić się” protagonistką. To nie jest tak, że lubię tylko filmy/seriale w których główny bohater wzbudza sympatię. Ale potrzebuję jakiegokolwiek balansu – czy w postaciach towarzyszących, może w kadrach, w czymkolwiek. „Córka” tymczasem to jeden z, hm, najnieprzyjemniej oglądających się filmów jakie ostatnio widziałem. Nie wiem czy ostatnie zdanie ma coś wspólnego z poprawną polszczyzną, dlatego posłużę się angielszczyzną – ten film jest do bólu disturbing. Ostatni raz czegoś takiego doświadczyłem przy „Złym Wychowaniu” Almodovara, a jeśli chodzi o polskie kino to przy „W Imię”. Ale nawet w tamtych przypadkach milej wspominam głównych bohaterów.
Nie jest to też winą odtwórczyń roli Ledy – fantastycznej Olivii Colman i Jessie Buckley. Swoją drogą nie wiem czy nie jest to jakiś ewenement, że do Oscarów nominowane są dwie aktorki grające tę samą postać w tym samym filmie, tyle że w różnym wieku (jak już coś się takiego wydarzyło to dajcie znać w listach do redakcji). I choć nie znam się, to się wypowiem – całkiem zasłużone te nominacje. Wersję Colman – starszą, dojrzalszą, lepiej rozumiejącą swój błąd – chce się polubić choćby ze względu na to, jak Colman się w nią wciela. No ale. No ale. No ale.
Po recenzjach widać, że film wzbudza (potrzebną) dyskusję o macierzyństwie. Że nie jest to tylko cud narodzin, największe szczęście na świecie i poczucie spełnienia aż po grób. Że takie zjawiska jak depresja poporodowa to nie jest mit lub odosobnione przypadki. I że nie tylko ojcowie porzucają, ale też i matki. Ale jeśli dyskusja okołofilmowa jest kierowana w stronę zrozumienia, usankcjonowania takich zachowań to przepraszam, ale mówię pass. Wysłucham każdej opowieści na celuloidzie – o tym, jak ktoś zabił z zimną krwią. Albo o tym, jak ktoś robił wałki finansowe liczone w milionach dolarów. Dlaczego też i nie o tym, jak ktoś po prostu wyszedł z domu, zostawiając za sobą kilkuletnie dzieci. I nawet docenię sposób w jaki jest to opowiedziane. Tylko ani mi się waż regulować mój kompas moralny, bo będę zaniżał ocenę.
najlepszy moment: poza aktorskimi oscarami rozważyłbym też choćby nominację za muzykę
ocena: 6,75/10
