In Memoriam: Mark Lanegan (25.11.1964-22.02.2022)
Kiedy przeczytałem wczoraj że zmarł Gary Brooker, lider Procol Harum i autor jednej z najwspanialszych piosenek na świecie („A Whiter Shade of Pale” rzecz jasna), myślałem że będzie to najsmutniejsza „muzyczna” (bo nie chcę deprecjonować tragedii jaka się odbywa za naszą wschodnią granicą) wiadomość dnia. Niestety, nie była.
Mark Lanegan nie był na pewno oczywistym idolem, nawet dla tych, którzy wychowali się na muzyce spod znaku flanelowych koszul. Screaming Trees nie mieli szczęścia załapać się na tę samą falę, na której płynęła Wielka Czwórka Grunge’u, przez co ich największym – a być może i jedynym – faktycznym sukcesem komercyjnym pozostaje „Nearly Lost You” umieszczony na ikonicznej dla gatunku ścieżce dźwiękowej do „Singles”. Ci, co nie zakończyli znajomości z zespołem na tym utworze, mogli odkryć dla siebie wspaniały katalog muzyczny tego zespołu, w tym mój faworyt i zarazem łabędzi śpiew zespołu (jeśli nie liczyć wydanego dopiero po latach „Last Words”) „Dust”.
Kiedy przy takich okazjach jak śmierć muzyka ludzie zasypują fejsbuka linkami z YouTube’a, przeważnie dotyczą one jednego projektu i najczęściej z dość zawężonego okresu czasu. Wczoraj było jednak zgoła inaczej – bo nie tylko wrzucano utwory z solowych albumów, ale i tych nagranych jako The Gutter Twins, z Isobel Cambell, Queens Of The Stone Age czy niezliczonych featuringów (w tym mój ulubiony u Mad Season). Paradoksalnie Screaming Trees było w tym najmniej.
Można oczywiście się spierać czy Mark Lanegan był najlepszym wokalistą jaki dała światu scena Seattle – kwestia gustu, a i poprzeczka dość wysoko ustawiona. To co na pewno można powiedzieć (i co pokazała sytuacja z poprzedniego akapitu) to to, że z wszystkich ikon tamtej sceny Mark Lanegan pozostał najbardziej istotny. Na tyle, że obrazą jest wręcz sprowadzać go do grunge’owej szuflady. Jeśli jedną z miar artystycznego sukcesu jest to, jak bardzo niepotrzebna artyście jest przeszłość i reaktywacja czegokolwiek, to Mark Lanegan odniósł chyba największych sukces z całej tej szajki z początku lat 90-tych.
I choć to banał, to tutaj rzeczywiście żal tego, że już żadnej nowej muzyki od niego nie usłyszymy.