Joni Mitchell – Night Ride Home
rok wydania: 1991
wydawca: Geffen
(pisze ten wstep juz trzeci raz. moze mi ktos wytlumaczyc, dlaczego moj laptop sie ciagle zawiesza, a spod kompa jest nagrzany jak piec hutniczy? za wszelka pomoc bede mega wdzieczny)
wydawac by sie moglo, ze poczatek lat 90tych, z sukcesami komercyjnymi metalliki, grunge’u czy red hotow to nienajlepszy okres dla songwriterow pokroju Mitchell. ale przeciez ten okres to takze debiuty tori amos czy pj harvey, ktore bez watpienia musialy inspirowac sie Joni. i choc ciezko po blisko 50letniej Pani oczekiwac takiego zadziora jak w nagraniach wspomnianych artystek, to jednak trza przyznac, ze „NRH” stanowi niezle wejscie w nowa dekade. recepta? powrot do korzeni.
chociaz bez przesady. w koncu to juz nie max3minutowe songi z minimalnymi aranzacjami, a wypasiona produkcja, ktorej laczny czas grubo przekracza mozliwosci formatu winylowego. ale jednak duch jest podobny. znow chodzi o piosenki z ladnymi, choc nie nachalnymi melodiami i waznymi tekstami (czyli nie tylko o milosci, ale tez o konfliktach zupelnie z miloscia niezwiazana, dotychczasowym zyciu czy molestowaniu seksualnym [kolejno: „The Windfall (Everything For Nothing)”, „Come In From The Cold”, „Cherokee Louise”]).
chociaz sama jakosc tych melodii bywa rozna. poczatek niestety nie zwiastuje niczego specjalnego. wiecej sie dzieje od czwartego numeru – wspomnianego „The Windfall”, kiedy slychac wreszcie solidna perkusje, zaserwowana znow przez Colaiute. zreszta perkusja tego pana w tych numerach w ktorych sie pojawia to czysty majstersztyk, choc i innym wspolpracownikom naleza sie slowa uznania. choc to w glownej mierze starzy znajomi – Michael Landau, Wayne Shorter czy Larry Klein. ten ostatni zreszta na wysokosci „Wild Things Run Fast” zostal stalym partnerem Mitchell, tak w muzyce, jak i w zyciu prywatnym. na „NRH” udalo mu sie wcisnac nawet wlasny numer, co jest czyms nietypowym w kontekscie dyskografii Mitchell.
ocena koncowe troszke byc moze niesprawiedliwa. bo z dostychczas omawianych tu plyt Mitchell „NRH” slucha sie zdecydowanie najprzyjemniej. ale z drugiej strony jest to plyta dosyc zachowawcza, jesli prownac ja do „Mingusa” chociazby. a i same melodie, poza srodkowa partia plyty („The Windfall”, „Slouching Towards Bethlehem” i „Come In From The Cold”[w tym ostatnim wokale!!!]), jakoegos mega zachwytu nie wywoluja, choc wstydu tez nie ma. szalu wiec nie ma, chociaz znac warto.
ten no, a tak poza tym… jako ze jutro swieta sie zaczynaja, to wypadaloby zlozyc zyczenia tym paru osobom ktore tu zagladaja. tego ze powinniscie je spedzic Wesolo, Spokojnie, Radosnie itepe itede mowi Wam kazdy i jeszcze w ciagu paru dni nieraz to uslyszycie. bywa jednak i tak, ze niektorym jakos ni chuja Boze Narodzenie nie kojarzy sie z czyms wesolym i radosnym. trauma z dziecinstwa, malo sprzyjajace okolicznosci. roznie bywa. tej grupie przypominam, ze Swieta moga byc tez dobrym czasem na zadume, na ktorej moze braknac czasu przy szykowaniu sie na sylwestra czy leczeniu kaca po Nowym Roku. wiec udanej zadumy zycze. a byc moze znajdziecie przy okazji w sobie jakies inner szczescie, dzieki ktoremu spojrzycie na caly nadchodzacy event troche przychylniejszym okiem i nie ogranicza sie te dni do proby przetrwania ich. uh, rzeklem.do zobaczenia po Swietach.
najlepszy moment: COME IN FORM THE COLD
ocena: 7/10