Pirates Of The Caribbean: At World’s End
wydawca: Walt Disney Records
czy wiecie, ze dzis ma urodziny Najcudowniejsza Osoba Na Świecie? w sprawie zyczen prosze dzwonic na moj numer domowy i prosic o Kasie.
z tej okazji zmienmy troche klimat, bo ostatnio bylo tak strasznie wojennie…
przyznam ze na zajawke Piratami Z Karaibow sie nie zalapalem. co nie znaczy, ze nie jaram sie pirackimi klimatami. co to to nie. jako czlowiek wychowany na serii Monkey Island serce mi roscie gdy slysze takie zwroty jak „shiver me timbers!” czy „ahoy, ye scurvy dogs”. i dlatego tez podpasowal mi soundtrack hansa zimmera do trzeciej czesci przygod Jacka Sparrowa. choc z zastrzezeniami.
na pewno trza przyznac, ze facet kombinuje. to nie tylko orkiestracje, ale takze chory, perkusja, oboje, cymbalki i wszystkie dziwne instrumenty, jakie przychodza nam na mysl. chyba najwieksza ciekawostka jest gitara elektryczna w „Parlay”, na ktorej gra sam rezyser filmu, Gore Verbinski (swoja droga, zajebiste imie). wiec nudno specjalnie nie jest. szkoda tylko, ze wraz z trwaniem soundtracka gdzies te pirackie kombinacje zanikaja i robi sie „zwykly hollywood”. co juz mnie mniej robi. choc trza przyznac, ze te podnioslejsze fragmenty maja, za przeproszeniem, jaja. i tylko szkoda, ze to kolejny soundtrack, wpisujacy sie w tendencje pt „charakterystyczne motyty glowne sa passe”. chociaz… „Singaporowi” w sumie nic nie brakuje.
warto posluchac. oczywiscie z oryginalnej plyty, a nie, ekhm, pirackiej.
najlepszy moment: PARLAY
ocena: 7/10

