Tori Amos – Tales Of A Librarian
rok wydania: 2003
wydawca: Atlantic
okej dzieciaki. luty sie zaczal, w zwiazku z tym koniec z seriami. pisze juz sobie o plytach jak leci. wiec zagladajcie czesciej, a noz napisze o plycie ktora znacie i bedziecie wiedziec co napisac w komentarzu, haha.
wracamy do mojej ulubienicy. otoz pewne niczym bak po wysraniu sie jest to, ze przy zakonczeniu wspolpracy z wytwornia trza wypuscic best ofa. niewazne czy grasz pop czy metal – skladak musi byc. i dobrze. bo niektorzy artysci po prostu nie sa warci tego, by kupowac cala ich tworczosc. i wtedy taki skladak jest zbawienny, a przy okazji bywa tak, ze jest to najlepsza pozycja w ich dyskografii.
oczywiscie Tori Amos sie do tej grupy tworcow nie zalicza. co nie zmienia faktu, ze jej Best Of jest jak najbardziej wydawnictwem godnym uwagi ze wzgledu na jego nietypowosc. w czym rzecz? otoz po pierwsze – dziewczyna sama dokonala selekcji utworow, wiec nie jest to jeno zwykly zbior singlowych piosenek. nie ma np „Caught a little sneeze” czy „China”, znalazly sie tu natomiast takie cudenka jak „Precious things” czy „Playboy mommy”. oczywiscie zdania co do takiego ruchu pani Amos moga byc podzielone. niektorzy lubia zbior singli jako najobiektywniejszy zestaw reprezentujac danego artyste. ja osobiscie lubie dostac cos wiecej. a tu jest naprawde tego wiecej – 20 numerow, prawie 80 minut. no naprawde, bilans plusow i minusow zdecydowanie wypada na korzysc tych pierwszych. a ze najwiecej, bo az 6 kawalkow pochodzi z debiutu, to w przeciwienstwie do ostatnich wyczynow muzycznych rudzielca calosc nie nudzi.
najwazniejsze jednak jest to, ze wiekszosc numerow ma tu zupelnie nowy miks. choc bez przesady – wychwyci te zmiany tylko czlowiek, ktory jest tak rozeznany w tworczosci TA, ze obudzony o 3 w nocy moglby kazda jej piosenke rozpisac na nuty. a dzieki temu zabiegowi calosc brzmi naprawde spojnie, co jest wyczynem, zwazywszy na to, ze numery nie sa ulozone wg chronologii. wlasnie – to kolejna genialna zaleta tego zestawu. ta biblioteka w tytule naprawde ma znaczenie. w ksiazecze kazdy utwor jest hmmm otagowany, przypisany do dzialow, jakie znamy z tych smiesznych miejsc, gdzie ksiazki sie przewalaja na polkach. poza tym te numery tak tu wyselekcjonowano i zestawiono z soba, ze calosc nabiera wrecz cech koncept albumu, spojnego dzieki brzmieniowym sztuczkom. innymi slowy – dziewczyna naprawde sie postarala. a nie musiala, bedac juz w tym czasie zwiazana z Sony.
wiec slucha sie tego niemal jak nowego albumu. tym fajniejszego, bo juz te melodia gdzies slyszelismy. czy to jak-zawsze-rozrywajacy-me-serducho „Winter” czy jeden z najbardziej rockandrollowych fragmentow tworczosci Tori, choc poteznie taneczy dzieki Armandowi Van Heldenowi „Professional Widow”. no i na dodatek dostajemy 4 bonusy. „Sweet Dreams” i „Mary” to bisajdy pamietajace czasy „Little Earthquakes”, zdecydowanie nie odbiegajace jakosciowo od songow z tego albumu (zwlaszcza „Mary”, choc „SD” zwraca uwage kapitalna perkusja). „Angels” i „Snow Cherries From France” to juz reprezentanci czasow nowozytnych. co slychac zarowno w muzyce jak i w tekscie. bajkowosc godna pamietniczka 14latki z dobrego domu i znikoma ilosc zadziora w dzwiekach… chociaz ta melodia w „Angels”nie jest taka zla w sumie, moglaby konkurowac z lepszymi momentami „Scarlet’s Walk”.
by pelni wypasu stalo sie zadosc, dostajemy jeszcze dvd. trzy numery: „Pretty Good Year”, „Honey” i „Northern Lad” nakrecone podczas rehearsalu. jakosciowo cos miedzy profesjonalnya rejestracja, a videobootlegiem kreconym z reki. jakosc dzwieku to juz jednak extraklasa. „Putting the damage on” i „mr. zebra” to juz tylko audio rarytasy, poszkodowane przez ograniczona pojemnosc plyty CD. no i jeszcze galeria zdjec. ah. ah. ah. chociaz… JJAKIE ONA MA ODSTAJACE USZY!!!!
ale i tak ja kocham. rowniez za tego skladaka.
najlepszy moment: CRUCIFY
ocena: 8/10