Hey – ?
wydawca: Izabelin
na wysokosci „?” Hey byl taka megagwiazda, ze wydanie tego albumu w wersji anglojezycznej na rynki zachodnie bylo wlasciwie formalnoscia. i w sumie dobrze, ze padlo na ten album – jak juz rzeklismy, imho to najreprezentatywniejsza rzez banacha i spolki.
o warstwie instrumentalnej nie ma co mowic, bo powtarzac sie nie bedziemy – jesli sa jakies zmiany, to minimalne. niespecjalnie tez nosowska nie kombinowala z wokalami. i dobrze. ten album naprawde nie wymaga jakis ewidentnych poprawek. naprawde, nie trzeba taryfy ulgowej „dla polakow” – ta plyta naprawde brzmi swiatowo. szkoda ze nic z podboju Europy tym albumem nie wyszlo. przynajmniej tak wnioskuje na podstawie tego, gdzie Hey aktualnie sie znajduje.
moze zagraniczniaki nie poznaly sie na osobliwych lirykach nosowskiej? bo niestety, w tlumaczeniu na angielski wiele traca jak dla mnie. choc zenady nie ma – formalnie to dobra robota. tylko jakby ten magiczny pierwiastek wyparowal.
szkoda tez, ze kombinowano z programem plyty. raz, ze pozmieniano troche kolejnosc, do ktorej nie moge sie przyzwyczaic, to na dodatek wyrzucono dwie najladniejsze kompozycje – „R.e.r.e.” i „Gdy mnie sen zmorzy”. wrzucono za to trzy, anglojezyczne juz w oryginale, tracki z „Ho!” – „Between”, „Empty Page” i „Have A Nice Day”. srednio potrzebny zabieg, bo slychac roznice w brzmienie. a wokal nosowskiej to juz zupelnie inna bajka.
niemniej przesympatyczne wydawnictwo. warto posluchac zagranicznego Hey’a.
najlepszy moment: FIRE OF MY SOUL
ocena: 8/10
