Alanis Morissette – Jagged Little Pill
wydawca: Maverick
zostajemy przy zbuntowanych damach przy mikrofonie.
30 milionow sprzedanych nosnikow. najlepiej sprzedajacy sie debiut wszechczasow. najlepiej sprzedajacy sie album lat 90tych. rok w pierwszej dziesiatce listy Billboardu. 4 nagrody grammy. to fakty okolomuzyczne. a sama muzyka? zadna rewolucja. po prostu zbior niezlych badz swietnych piosenek zdolnej dwudziestolatki. okej, w jakims stopniu tez inspirujacej, bo przypuszczam ze JLP musial sie znalezc w odtwarzaczu takiej Pink czy innej avril lavigne. a takze tych, ktorzy potrzebowali takiej nowej joni mitchell nowych, grungeowych czasow. dla ktorych tori amos byla za malo gitarowa, a pj harvey zbyt alternatywna. wnioskujac z pierwszego zdania akapitu – troche sie ich nazbieralo.
niby popisuje sie tutaj niemala gromadka muzykow (do „You oughta know” zalapali sie nawet wioslowi owczesnej inkarnacji red hot chili peppers – flea i dave navarro), ale wlasciwie gdyby ograniczyc towarzystwo do spiewajacej alanis i grajacego na gitarze i programujacego beat glena ballarda to roznica bylaby niezauwazalna. tak powstaly zreszta te numery i w takiej demowkowej formie pare trackow sie tu znalazlo. spontan. szczerosc. sa tacy, dla ktorych kazdy album wydany w majorsie to wytwor szatana-korporacji, obliczony na zysk. ale no naprawde, „JLP” to najmniej bestsellerowo brzmiacy bestseller wszechczasow. ktora na polce bardziej przytuli sie do plyt carole king niz celine dion czy madonny (do ktorej zreszta wytwornia Maverick nalezy – „isn’t it ironic?”, ze zacytuje przesympatyczny fragment tego albumu).
10 lat po wydaniu „JLP” Alanis wydala ten sam album w wersji akustycznej. nie wiem po co, skoro sam oryginal jest mocno akustyczny. w numerach z wieksza iloscia zlosci, goryczy i dolowania jest to akustyczne granie na modle tuzow z seattle dolujacych telewidzow w Mtv unplugged. w pozostalych, optymistyczniejszych numerach, gdzie akustycznych gitar jest jesczze wiecej i dochodzi dodatkowo harmonijka ustna, robi sie juz jednak jebitnie folkowo i przenosimy sie do czasow, gdy bob dylan niesmialo odkrywa przester.
wlasnie, wydzwiek calosci. nie wiem czemu ten album uchodzi u coponiektorych za pelen zlosci i negatywnych emocji. ok, takowe sie pojawwiaja. ale tyle optymizmu i buddyjskiej jakby madrosci co w „You learn”, „Head over feet”, „Wake up” czy „Hand in my pocket” trudno znalezc naalbumach innych, „zbuntowanych” songwriterek. jak na dziewczyne dopiero rozpoczynajaca trzecia dekade zycia to naprawde ciekawe liryki.
zreszta, jeden taki „You oughta know” rownowazy caly pozytyw bijacy od pozostalych piosenek. ewidentnie jeden z lepszych piosenek lat 90tych, symbol rockowego girl power ubieglej dekady. na miejscu adresata piosenki zapadlbym sie pod ziemie. no okej, „Forgiven” tez do najweselszych trackow nie nalezy. tekstowo calkiem ciekawie ujete alanisowe boje z kosciolem katolickim.
moze Alanis nie jest taka osobowoscia co Bjork, Tori czy PJ, ale „JLP” naprawde kix ass, ze tak powiem.
najlepszy moment: YOU OUGHTA KNOW
ocena: 8,5/10
