rageman.pl
Muzyka

Richard Bona – Munia/The Tale

rok wydania: 2003

wydawca: Universal

 

wczoraj padlo nazwisko Richarda Bony, wiec skupmy sie na tym Panu.

czy instrumentalisci powinni wydawac solowe plyty? zalezy. gitarzysci maja latwiej, jako ze ich instrument do tego stopnia wryl sie w obraz muzyki i w ogole popkultury, ze niektorzy przecietni kowalscy aprobuja nawet popisy masturbatorskie malmsteema czy innego satrianiego. poza tym, no nie ma co ukrywac, gitara to z natury melodyjny instrument.

co innego muzycy odpowiedzialni za sekcje rytmiczna. chociaz perkusisci jeszcze tak sie nie pchaja do solowej dzialalnosci, to juz basisci maja zdecydowanie wieksze parcie na fejm. i niestety przewaznie konczy sie to tragicznie. bo niestety zdolnosc tworzenia genialnego basowego akompaniamentu nie musi isc w parze z talentem pisania calych kompozycji. jesli juz jednak uda sie takiemu delikwentowi stworzyc cos na miare piosenki, to juz proba wetkniecia w taki utwor wokalu konczy sie przewaznie conajmniej porazka. slyszeliscie rapujacego pilichowskiego? moj Boze, powinni tego zabronic. no i jeszcze cos, o czym niestety basistom zdarza sie bardzo czesto zapominac – dzwiek wysunietego do przodu bassu nie dla kazdego musi byc przyjemny, nie mowiac juz o byciu interesujacym. dlatego przewaznie plyty basistow sa sluchane przez innych basistow.

zmierzam tym przydlugawym wstepem do tego, ze Richard Bona troche sie na tle jego kolegow po fachu wyroznia.  przede wszystkim tym, ze dysponuje calkiem niezlym glosem, przez co dla swych licznych wspolpracownikow jest interesujacy zarowno jako basista, jak i wokalista. wprawdzie momentami brzmi troche jak afrykanski Anthony & The Johnsons („Muto Bye Bye”), ale na pewno nie brzmi to tak fajansiarsko jak u Akona. no i fakt, ze spiewa bo, ekhm, afrykansku (sorry, ale naprawde nie potrafie sprecyzowac, w jakim narzeczu czy jezyku Bona sa te teksty) dodaje mu oryginalnosci. no i co najwazniejsze – to sa naprawde piosenki, a nie popisowki. tylko w dwoch przypadkach mamy do czynienia z czysto instrumentalna jazda. i o ile „Playground” jest obrzydliwie slodkim smooth jazzem, to juz „Painting a wish” ma cos wspolnego z jazzowym szalenstwem. moze dlatego, ze jak stoi w booklecie, mial to byc w zamysle tribute dla Milesa D.?

reszta, jak sie rzeklo, to stricte piosenkowe formy. moze nie od razu klasyczna struktura zwrotka-refren, ale spokojnie pare numerow mogloby przy odrobinie dobrej woli zagoscic nawet w europejskim radiu („Kalabancoro” z goscinnym udzialem Salif Keita czy klasycznie popowy z poczatku „Balemba Na Bwemba”). ogolnikowo rzecz ujmujac, to taki „Graceland” Paula Simona, tylko bardziej wygladzony i jednak mniej przebojowy. za to jakby jeszcze duchem blizszy Afryce, moze przez to, ze stworzona przez czlowieka „stamtad”.

jako wielbiciel bassu jestem dosyc wyrozumialy jesli chodzi o gatunek zwany „plytami solowymi basistow”. ale mysle, ze niezrzeszonym tez sie spodoba. na pewno Marcin Kydrynski z szanowna malzonka szaleja za ta nuta, podobnie jak ich sluchacze i bywalcy klubu Poklad w Gdyni. ale jesli ktos chce chocby wirtualnie przeniesc sie na godzine do Afryki, to ta plyta jest dla niego. o ile nie przeszkadza mu, ze pozna ten kontynent tylko z ladnej, „pocztowkowej” perspektywy. po „ciemna strone Afryki” to jednak na inne wydawnictwa zapraszam.

 

najlepszy moment: BALEMBA NA BWEMBA

ocena: 7/10

Leave a Reply