Pat Metheny Group – Imaginary Day
rok wydania: 1997
wydawca: Metheny Group Productions
ah, co to byl za slub… ah, co za jeszcze fajniejsze wesele… ah, nie mowiac juz o poprawinach… ah, jacy ci angole totalnie porypany akcent maja i slabo pijacy, niemniej mili dosyc i przy „jestes szalona” tez umiejacy sie bawic… ah, tez bym tak kiedys chcial… ah, czas zejsc na ziemie.
a teraz przyjrzyjmy sie, jak Pat Metheny w wersji grupowej radzil sobie w latach 90tych. zmiana labela z geffen na warnera akurat trudna uznac za jakas istotna zmiane, zwlasszcza w przypadku w gruncie rzeczy niekomercyjnego artysty, jakim jest Metheny. natomiast w temacie „sprawy okolomuzyczne” ciekawsza jest personalna kwestia zwiazana z tym albumem. tutaj juz wyraznie zarysowany jest podzial na „core members”: Pat, Lyle Mays, Steve Rodby i Paul Wertico, oraz „pomocnikow”, ktorych jest az szesciu. i o ile dwoch wokalistow (Mark Ledford, David Blamires, czyli znani nam juz panowie) niespecjalnie slychac, tak wklad czterech pozostalych osobnikow jest nie do pominiecia.
mieszany pod wzgledem narodosciowym sklad pomocnikow to nie przypadek. mnostwo tu world music. choc o ile wczesniej mielismy u PMG do czynienia z brazylijskimi wtretami, tak tutaj towarzystwo wykazuje sie wieksza roznorodnoscia – by wymienic chocby klimaty azjatyckie czy celtyckie jako pierwsze z brzegu.
niestety, ta roznorodnosc nie przeklada sie na jakas wybitna jakosc samych kompozycji. zaczyna sie wrecz od, moim zdaniem, lekkiego falstartu. co o tyle niefajne, ze mowimy tu o najdluzszej i tytulowej piosence, ktora z tych wzgledow zapewne miala byc clou programu. na szczescie tuz po nim dostajemy prawdopodobnie najladniejsza piosenke do jakiej Metheny przylozyl reke. to co w „Follow Me” wyprawia elektryczna gitarka pata przy akompaniamencie posiadajacego kapitalny drive motywu akustycznego to, no ja nie wiem, cudo jakies.
drugim i byc moze jeszcze bardziej cieszacym fragmentem, jest „The Roots Of Coincidence”. krotka pilka – WRESZCIE! WRESZCIE! WRESZCIE! wreszcie pat zaproponowal cos, co zamiast przyjemnie lechtac ucho dokonuje na nim gwaltu. industrial jazz? czemu nie. sluszna nagroda grammy. swoja droga, zapewne rockmani musieli byc wkurzeni, ze w „ich” kategorii nagrode im spod nosa sprzatnal jazzman jakis, heh.
szczerze mowiac nie mam pewnosci, czy „imaginary day” to lepszy album od „still life (talking)”. na tym drugim nie bylo jednak tak uroczej piesni jak „Follow Me”, ani takiego zaskoczenia jak przy „TROC”. dlatego wyrozniamy.
najlepszy moment: FOLLOW ME
ocena: 7,5/10