rageman.pl
Muzyka

Flapjack – Ruthless Kick

5_1350371532rok wydania: 1994

wydawca: Metal Mind

 

niezapowiedzianej przerwy spowodowanej wyjadem na majowke oglaszam koniec. jednoczesnie oglaszam chwilowy koniec pisania o jazzie. z powodu swieta narodowego zwanego trzecim majem postanowilem napisac cos o polskich, nie mniej utalentowanych od zagranicznych kolegow po fachu artystach. i gdy ta sie zastanawialem „jaki polski zespol najbardziej lubie (i taki, o ktorym jeszcze nie pisalem)”, pierwsza nazwa jaka padla to Flapjack. czyli Nalesnik. fanow metalowego napierdalanska (i nie tylko) zapraszam do lektury.

wszystko zaczelo sie w okolicach roku ’94. w rolach glownych: Robert „Litza” Friedrich i Maciej „Slimak” Starosta. oboje z Acid Drinkers. by odreagowac jakos muzykowanie w macierzystym zespole, a przy okazji w jakis sposob odpowiedziec na trendy w swiatowym metalu, zapraszaja kumpli i postanawiaja z nimi nagrac kilka rozjebujacych system kawalkow. na poczatku nawet nie chodzilo o stworzenie Kapeli – na tym etapie o Nalesniku mowilo sie jako o Projekcie. a poniewaz w tym tez czasie Litza i Slimak dorobili sie spore liczby znajomych, wiec lista plac „ruthless kicka” jest calkiem pokazna. by wymienic najwazniejszych: Titus (Acidzi oczywiscie), Lipa (Lipali, wtedy przede wszystkim Illusion), Vimek (Squot). na wokalu panowie postanowili zas obsadzic nikomu nieznanego malolata o ksywie Guzik…

okladka tej plyty mowi wszystko. wlasciciel buta, ktorego odcisk widzimy, to zaden rastaman czy fan jazzu. to je METAL. kopiacy bezlitosnie prosto w podbrzusze, choc raczej nie z taka finezja, jak na pozniejszych plytach Flapa. chociaz czy kopniak musi byc finezyjny? zdecydowanie nie. i Litza i spolka doskonale sobie zdaja z tego sprawe, zreszta napis na cedeku „For Mosh Only” mowi sam za siebie. dlatego trudno mowic tutaj o pobudzajacym do myslenia graniu, z niuansami, eksperymentami itepe itede. bo raczej do tych ostatnich trudno zaliczyc cytaty z Pantery i Ratm w „Stage Diver” czy podpadajacy pod szalenstwa Pattona wokale w „Mandatory Cocaine Song”. chodzi o riffy potezne jak prawy sierpowy Andrzeja Goloty, jakie w tym kraju ciosa tylko Litza. plus niespecjalnie skomplikowane, najczesciej dajace sie wyskandowac wokale (Guzik tutaj jeszcze slabo rozpoznawalny) i pedzace na leb/na szyje tempa. teoretycznie mocno to thrash metalowe, choc fani zyskujacego w tym czasie na popularnosci groove metalu tez znalezliby tu cos dla siebie.

konkretne tracki? mnie najbardziej zabijaja „2 Many Ta 2’z” i „I Hate Fuckas”. pierwszy o tatuazach, drugi o urokach spacerowania po ulicach zapelnionych dresami (spiewa Lipa, obywatel Nowego Portu, wiec raczej rozeznany w temacie). no wlasnie – same teksty tez raczej niespecjalnie dotykaja metafizyki. i okej. proste jak konstrukcja cepa, ale urocze w swej bezpretensjonalnosci. no przynajmniej nie spiewaja o smokach i wojownikach, co sie zdarza w swiecie Metalu. a np zeschizowany „Dead Elisabeth” tak jakby sie uprzec, to daloby sie w nim znalezc drugie dno…

mile wspomnienia wywoluje ta plyta, ale nie ma co ukrywac, ze z trzech plyt Flapjack te da sie spokojnie okreslic mianem najslabszej. co nie zmienia faktu, ze mamy do czynienia z klasycznym w pewnym stopniu wydawnictwem.

 

najlepszy moment: 2 MANY TA 2’Z

ocena: 7,5/10

Leave a Reply