rageman.pl
Muzyka

Siverchair – Frogstomp

rok wydania: 1995

wydawca: Murmur

 

witajcie dzieciaczki. dzis bedziemy kontynuowali wycieczki po swiecie w poszukiwaniu grandzowych rarytaskow. wiec uporzadkujmy wiedze z ostanich zajec: Polacy mieli Hey’a, brytole zas Bush’a. a co z innymi kontynentami nic Ameryka czy Europa? nie wiem nic o grandzowym graniu z Azji, za to Australia moze pochwalic sie tylko jednym zespolem w tym gatunku. ale za to jakim!

by nie bylo – ten wykrzynik pojawil sie w poprzednim zdaniu bardziej w kontekscie sukcesow komercyjnych niz artystycznych. zwlaszcza jesli chodzi o debiutancki krazek, o ktorym dzis bedzie mowa. oczywiscie britpopowa europa pozostala niewzruszona, ale ameryka polnocna oszalala na punkcie tych trzech chlopaczkow. co akurat nie dziwi, zwazywszy na popularnosc Pearl Jam w tym czasie.

no i wlasnie. naprawde latwo byloby zjechac ten album z gory do dolu, wzdluz i wszerz. bo to jest wrecz encyklopedyczny przyklad braku oryginalnosci w muzyce. „Frogstompt” to, ze tak to ujme, jeden wielki Pearl Jam. czasem, gdy chlopaki postanawiaja dolozyc do metalowego pieca, to  Alice In Chains’em zaleci („Faultline”). Soundgardena tez daloby sie wyczaic, gdybysmy chcieli udowdnic, jak wszechstronnymi plagiatorami jest to trio z antypodow. ale wplywy ekipy Veddera sa tak oczywiste, ze moznaby sie do nich ograniczyc. PJ slychac tu wszedzie – w wokalizach (znow „Faultline” i vedderowe „gorki” – mogloby sie to skonczyc rozprawa sadowa), jak i w podkladach instrumentalnych. jak na dloni tez widac, ktora plyte kolegow po dachu z Seattle sobie chlopaczki szczegolnie uwielbili. nie przeprowadzalem takich eksperymentow, ale jestem pewien, ze gdyby sprezentowac „Frogstomp” komus mniej rozeznanemu w temacie, to przysiaglby, ze to jakies odrzuty z sesji do „Ten”, pozbawione charakterystycznego poglosu. „Shade” to australijski krewniak „Black”, „Tomorrow” to absolwent Szkoly Budowania Kompozycji im. Jeremy’ego, a dla odmiany „Findaway” moglby sie znalezc na jednej polce z „Hail Hail” czy „Go”. i moznaby tak w nieskonczonosc.

ALE.

moze przemawia przeze mnie sentyment. „Frogstomp” pojawil sie w moim domu w sumie niedlugo po jego premierze, jako efekt poszukiwania kazdej muzyki, ktora mialaby cos wspolnego z Seattle. i przyznam szczerze, ze chyba nawet „Ten” tak czesto nie wybrzmiewal w mych skromnych progach co „Frogstomp”. wiem, brzmi to karygodnie, ale tak bylo. bo dzieki „Frogstomp” wszyscy opuszczeni przez grajacy coraz ambitniej Pearl Jam mogli poczuc sie jak w domu. byc moze taki zreszta byl zamiar tworcow. skoro idole nie nagrywaja „Ten 2”, to my go nagramy.

no i rzecz najwazniejsza. ja potrzebuje gitar. czasem bardziej, czasem mniej, ale to zapotrzebowanie wciaz mi towarzyszy. jak wiadomo, w rocku coraz trudniej o oryginalnosc. oczywiscie sporo jest zespol grajacych zarowno oryginalnie i nieszablonowo, jak i zwyczajnie przyjemnie, ale dla mnie to za malo. i teraz pytanie: wolicie zespoly absolutnie nieoryginalne, ktore maja smykalke do Fajnych Piosenek, czy kapele z unikalnym brzmieniem, ktorych nie da sie sluchac? bo ja zdecydowanie to pierwsze. i chociaz grajac w ten sposob dostaje sie automatycznie zakaz otrzymywania najwyzszych ocen w recenzjach, to przynajmniej mozna dostarczyc sporo uciechy tym, ktorzy szukaja Fajnych Melodii, tyle ze w Gitarowym Opakowaniu. a tu takich jest od groma, znacznie wiecej niz na omawianym wczoraj debiucie Busha. „Tomorrow”, „Suicidal Dream” (na emo-nastroj w sam raz), „Shade”, „Faultline”, „Pure Massacre”. no i przede wszystkim „Israel’s Sun”. z genialnym (tak!), przestarowanym bassem w intrze, swietnym wejsciem gitar i rozpierdolem w koncowce. wiem, taki opis to co w kazdym metalowym zinie jest, ale no naprawde – w tym jednym przypadku udalo sie kolesiom otrzec sie (troszeczke) o Sztuke. a jesli uwzglednimy w jakim wieku panowie napisali ten numer…

no wlasnie, bo musi w koncu ten fakt zostac odnotowany – oni mieli wtedy 14 lat! i chociaz muzyke powinno sie oceniac bez wzgledu na wiek/rase/plec/pochodzenie/blablabla, to naprawde to info zmienia perspektywe diametralnie. no ale dobra, powiec wiec tak – to najlepsza rockowa plyta nagrana przez gimnazjalistow jaka slyszalem. a ze teksty to belkot? KAZDEMU na poczatku liceum sie wydawalo, ze jest dorosly i moze wypowiadac sie na powazne tematy, okej? aha, i taka drobnostka – moze jestem gluchy, ale w przeciwienstwie do Busha ja naprawde tym chlopaczkom wierze. choc wpadajace w ucho, to to nie sa numery skrojone pod rock-radio jak u Stainda czy Nickelbacka. moze w ich wieku juz wiadomo, co to koniunkturalizm i wyrachowanie, no ale bez przesady.

szkoda tylko, ze silwerczery, podobnie jak busze, w pewnym momencie uznali ze moga byc Wielkim Zespolem i zaczeli tworzyc ambitne inaczej rzeczy, popadajac w coraz wieksza zenade. ok, moze „Neon Ballroom” mialo momenty. ale to dlatego, ze w jej czasie postanowili zrzynac ze Smashing Pumpkins. doh.

 

najlepszy moment: ISRAEL’S SON

ocena: 7,5/10

Leave a Reply