Depeche Mode – Songs Of Faith And Devotion
wydawca: Mute
padla wczoraj nazwa Depeche Mode, wiec jest okazja by napisac w koncu cos o tym zespole wiecej. naciagana okolicznosc, ale niech bedzie. tak myslalem zreszta dzisiaj rano. niestety popoludnie przynioslo kolejna, konkretniejsza okolicznosc, choc naprawde wolalbym, gdyby takowa nie zaistniala. oczywiscie mowa o odwolanym koncercie, ktory mial sie odbyc w sobote. nie wybieralem sie, ale naprawde lacze sie w bolu z tymi, co czekali na ten wystep od ’06 roku, czyli od poprzedniej wizyty. a pewnie wsrod wybierajacych sie byli i tacy, dla ktorych mial to byc ich pierwszy depesz-koncert.
ja sie do Warszawy nie wybieralem, choc nie zalowalbym, gdybym sie znalazl na tym koncercie. problem w tym, ze jakos nigdy specjalnie nie czulem zajawki tym zespolem, a nawet wglebiac sie w jego dyskografie. nie no, oczywiscie: „Violator”, „Black Celebration”, „Music For The Masses” – wiadomo o co cho. doceniam, szanuje, ale na kolana nie padam. dla mnie jednak depesze to zawsze byly Single, a nie Albumy. coz, moze kiedys mi sie odmieni, ktoz to wie. tak wlasciwie to tylko jeden album sie wylamuje od tej zasady. ale robi to w calkiem przepoteznym stylu.
mowi sie, ze to najbardziej rockowy album DM, inspirowany tym co dzialo sie w Seattle i de facto na calym zachodnim swiecie, wikipedia nawet rzuca jakims terminem „post-grunge”… w chuj to naciagane, choc na pewno zawierajace jakies ziarenko prawdy. bo rzeczywiscie, panowie siegneli po „zywe instrumenty” (kolejny z dupy termin – co znaczy ze zywe? chodza na spacery i jadaja obiady?). gitar jest znacznie wiecej, beat poza elektronika jest takze generowany przez akustyczna perkusje, nawet fletcher przestal byc darmozjadem i siegnal po bass. ale zadnej rockerki tu nie ma, no chyba ze w owczesnym wygladzie Gahana. no bo przeciez klimat ich muzyki zawsze byl rockowy. wszak rock to prawda, bol i cierpienie, co nie?
zaden to wiec experyment, a naturalna kolej rzeczy. bo to co ubostwiam w tym albumie to to, ze nie tylko jest tu wszystko to, za co da sie ten zespol lubic, ale nawet swoje wady przekuwaja w zalety. wiadomo ze martin gore przyzwoitym kompozytorem jest, ale od mikrofonu powinien sie imho trzymac z daleka, bo piosenki z jego wokalami to zawsze najslabsze momenty plyt Depeszow. a tu co? moze „Judas” nie jest wybitny, ale juz orkiestralny „One Caress” to potezna sprawa.
nie chce powiedziec, ze DM to singlowy zespol, ale gdyby sluchac poprzednich wydawnictw bez znajomosci singlografii (co raczj byloby trudne, bo wiadomo ze te przeboje TRZEBA ZNAC, zwlaszcza w Polsce, zwlaszcza przezywszy lata 80te) to spokojnie daloby sie wskazac, co wyladowalo na malej plytce, a co nie. z „Songs” takiego „problemu” nie ma. to zajebiscie rowny, pomimo roznorodnosci klimatycznej, material. najbardziej przebojowe wrazenie robi najbardziej tracacy ddepeszowa przeszloscia, syntezatory-driven „Higher Love”. kotry akurat singlem nie byl (swoja droga, swietny track). przypuszczam ze musialy zeby bossom Mute zagrzytac, kiedy zespol zdecydowal sie promowac plyte „Comdemnation”em. to nie jest piosenka inspirowana gospel zaspiewami. to JEST gospel, wyjete wprost z kosciola w ameryce. tyle ze zamiast czerni chorzystow i parafian mamy mrok w klimacie.
znow sie rozpisalem, a tu nawet jeszcze nie polowe plyty omowilem. a naprawde trza wspomniec o reszczie numerow. „I Feel You” – tu chyba najbardziej slychac tego calego rocka. upierdliwa, znoise’owiala gitara, atmosfera lepka jak posciel nastolatka o poranku. no ale, tematyka tegoz numeru. scisla czolowka listy „piosenek prowokujacych do nieprzyzwoitych zachowan”. podobnie zreszta jak „In Your Room”. w sumie zawsze jakos bardziej wielbilem singlowa wersje, remixed by butch vig. i chyba tak zostanie juz zostanie, choc kurcze… ta wersja z plyty tez ma to cos… a to wejscie perkusji… nozeszkurwajapierdole, potega… kurcze….
nah, zasluchalem sie i zamyslilem jednoczesnie, wybaczcie. na czym my to… aha, wymieniamy. „Walking In My Shoes”. strasznie dolujacy moment, z jednym z lepszych tekstow Gore’a. no i jeszcze lepszym wykonaniem Gahana. zawsze wydawalo mi sie (i wciaz mi sie wydaje) ze spiewak, chocby najlepszy, nigdy nie bedzie w stanie oddac w pelni tych emocji, jakie towarzyszyly autorowi spiewanego tekstu. w przypadku dm ta relacja gore/autor-gahan/wykonawca sprawdza sie zajebiscie, a „WIMS” tego najlepszym dowodem. bo to tekst o gahanie. total-narkusie w owczesnym czasie, enfant terrible popu.
okej, konczymy juz to wymienianie. trzy numery – „Mercy In You”, „Rush”, „Get Right With Me”. pierwszy jest tylko niezly, co obok „Judas” czyni go tym samym najslabszym numerem plyty. ale „Rush”…. paaaaaanieeeee, „RUSH”… no nie mam pytan. tytul zreszta mowi sporo o piosence. potega. podobnie jak „Get Right…” z absolutnie przekozackim wstepem. potwierdzajacym co, co moze niech bedzie podsumowaniem tego przydlugiego wywodu i co niech szanowni czytelnicy wykuja na pamiec – bez Alana Wildera NIE BYLOBY brzmienia Depeche Mode. a moze i samego zespolu. no bo ej, kto dzis zwraca uwage na nowe plyty depeszow?
wlasnie – kariera DM jakos zaskakujaco podobnie sie (niestety) potoczyla co U2. przelomowa i zarazem najwybitniejsza plyta (choc w obu przypadkach zdania moga byc podzielone) na poczatku lat 90tych, intrugujace experyment-albumy w drugiej polowie dekady i straszne zamulanie w nowym tysiacleciu. a polacy uwielbiaja, nowa plyte kupia, a jeszcze chetniej na koncert tlumnie uderza by pospiewac stare przeboje. a zem hipokryta, bo sam w sumie tez na te koncerty chodze…
Dave, wracaj do zdrowia!
najlepszy moment: RUSH
ocena: 9/10
