rageman.pl
Muzyka

Soulfly – Soulfly

rok wydania: 1998

wydawca: Roadrunner

 

o kurcze. jak ja dawno nie sluchalem tej plyty. gdy dzis do niej wrocilem to sadzilem ze, bedac coraz mniej tolerancyjnym na metalowy halas, bedzie to jakas sentymentalna podroz do czasow liceum/studia i nic wiecej. a tu az mi nogi ugielo. chcialoby sie powiedziec ze to metalowa bzdura, ze nic w porownaniu z sonic youth, the beatles czy innym animal collective. „niestety” – w swojej kategorii to wydawnictwo to moim zdaniem naprawde powazna sprawa.

zacznijmy od dupy strony… a nie, wlasciwie to od przodu. w sensie okladki. uwielbialem i juz chyba zawsze bede uwielbial. nic wielkiego niby, ale jest w tym widoczku cos ultraporywajacego. idealnie koresponduje z tytulem albumu, jak i nazwa zespolu. cudenko.

a teraz troche historii, slowem wstepu. jak wiadomo, po wydaniu przelomowego dla Sepultury „Roots” drogi lidera, Maxa Cavalery, i reszty zespolu sie rozeszly. w sensie, maxio zabral menadzerke i malzonke w jednej osobie i opuscil kolegow i rodzonego brata, zostawiajac im nazwe. nikt sobie nie wyobrazal tego zespolu bez osobowosci Maxa (calkiem sporej ilosci osob do dzisiaj to zostalo), wiec oczekiwania na nowe wydawnictwo Sepy i projektu Maxa byly dosyc duze. i chodz dzis, 10 lat po tych wydarzeniach, oba zespoly doluja maxymalnie, tak artystycznie jak i komercyjnie (info o koncercie Sepultury w Uchu bardziej mnie zasmucilo szczerze mowiac nic ucieszylo), tak jednak w pierwszym post-rootsowym okresie to Max byl gora. choc to Sepa bardziej zaryzykowala, kierujac swoja muzyke na zupelnie nowe, HC tory. maxio tylko rozwijal pomysly z „Roots”.

no wlasnie – rozwijal. zawsze bede twierdzil, chocbym mial niedlugo sluchac Paganiniego i Bacha, ze „Korzenie” to wielka plyta, przelomowa nie tylko dla metalu. awangardowa wrecz sprawa, ktorej blizej duchem do poszukiwan Mastodona czy Minsk niz lomotu, jaki wypelnia co druga strone „Metal Hammera”. dzisiaj, po kilkukrotnym przesluchaniu debiutu Soulfly z pewnym przerazeniem wrecz stwierdzilem, ze ta plyta jeszcze bardziej mi sie podoba niz „Roots”.

nigdy nie do konca rozumialem, co oznacza „przestrzen” w muzyce. jesli ktos ma encyklopedyczna definicje, to prosze o link w komentarzach. natomiast jesli chodzi o empiryczne doswiadczenia w tej kwestii, to wlasnie „roots” i „soulfly” moga posluzyc za przyklad. niby na obu plytach chodzi o to samo – brzmienia brazylisjkiej dzungli na metalowych resorach. „Roots” to plyta przytlaczajaca, nie pozwalajaca nawet na chwile oddechu – czy chodzi o naspidowane tracki typu „Spit” czy odloty „Lookaway”. dzwieki na „Soulfly” tez potrafia atakowac czasem bez pardonu, ale przez jeszcze wieksza ilosc niz na „Roots” stricte worldmusicowych nut ma sie poczucie, ze zawsze mozna wywietrzyc ten metalowy zaduch jaki sie wytworzyl. hm, rzeklbym nawet, ze to po prostu bardziej sluchacz-friendly plyta niz „Roots”.

tez sluchacz-friendly sa same kompozycje. jest tu pare sredniackich trackow, przez ktore plyta sporo traci, ale tez i takie, ktore spokojnie moga konkurowac z highlightami „Roots”, byc moze nawet je przebijajac. przede wszystkim piosenki z goscinnymi udzialami. „Bleed” – poczatek tego utworu, wejscie „refrenu:” to potega. encyklopedyczna definicja metalowej wscieklosci, w pozytywnym tych slow znaczeniu. no i rap-zwrotka freda „limp bizkit” dursta. prawdopodobnie najlepsza, jesli nie jedyna dobra, rzecz do ktorej ten pan sie przylozyl. w „prejudice” wraz z owczesnym wokalista dub war (teraz skinded) – benji webbe – soulfly do swej muzyki inkorporuje na chwile reggae. sporym pojebanstwem jest tez „first commandent” ze starym ziomem z deftones’ow chino moreno. gosci na tej plycie zreszta jest wiecej – m.in. prawie cale fear factory czy dj lethal – ale ich udzial juz tak slyszalny nie jest.

co jeszcze? „tribe” – poczatek etniczny, nie zapowiadajacy pozniejszej masakry… zwrotki nie biora jencow. w kategorii „typowy metalowy wygrzew” ewidentny krol plyty. bo sa tu jeszcze takie niespodziewanki jak instrumentalny utwor tytulowy, brzmiacy jak jam w samym srodku dzungli, spotkanie na szczycie gitar i egzotycznych bajerow. podobnie jak „umbabarauma”, choc tutaj juz ewidenta gora jest etno-sound, plemienny rytm i tym podobne bajery.

taki Czad to ja kupuje i szanuje. gdzie nie ma metalowej pozy, gdzie metal jest sposobem na wyrazenie wscieklosci, a nie celem samym w sobie. i chociaz oczywiscie wyrazy wspolczucia z okazji straty pasierba i konfliktow z dawnymi kolegami z zespolu, ale ta plyta to kolejny dowod na to, ze w depresji, wkurwie i konflikcie rodza sie najlepsze dziela. a, i jeszcze cos – moze sobie max pierdolic, ze zaluje kontaktow z numetalowym swiatem. ale fakt jest taki, ze dzieki nim tworzyl pod nazwa Soulfly najlepsze rzeczy. co potwierdzi tez nastepna plyta. bo jesli Soulfly byl dobrym zespolem, to tylko i wylacznie na tych dwoch plytach.

 

najlepszy moment: BLEED (feat. Fred Durst)

ocena: 8,5/10

Leave a Reply