Soulfly – 3
rok wydania: 2002
wydawca: Roadrunner
no i po wszystkim. na trzeciej plycie grupa Cavlery zrownuje sie z rzedem metalowych rzemieslnikow.
by nie bylo – na pewno to co tu slychac jest nie tylko lepsze od pozniejszych plyt Maxa, ale i pierdyliar razy konkretniejsze niz Theriony czy inne Saxony. ale jesli pierwsze dwie plyty dalo sie nazwac ladnie „kontynuacja watkow zapoczatkowanych na Roots”, tak juz na trojce ewidentnie widac zjadanie wlasnego ogona.
ogolnikowo moznaby plyte okreslic jako brakujace ogniwo miedzy debiutem a „Primitive”. nie ma tu wiec ani tej organicznosci pierwszego, ani studyjnego wypolerowania z plyty drugiej. no i nie ma tez ani chwytliwosci, nie mowiac juz o przebojowosci obu tych materialow.
metalheadsy na pewno doznaja za kazdym razem, gdy odpalaja te plyte. „Downstroy”, „Seek’n’strike” czy „Enterfaith” to sieka MAXymalna. mozna cieszyc sie, ze numetal zostal zastapiony elementami ewidentnie hc/punkowymi, kojarzacymi sie z tym, co Sepultura czyni z Derrickiem na wokalu. tylko co z tego wlasciwie? o tym, ze czad moze byc grany z glowa pokazywal Max na calej dlugosci debiutanckiej plyty. tutaj jest bezsensowne napierdalanie, ktorego nie ratuja nawet elementy etniczne (ktorych jakby tez mniej niz wczesniej). „Seek’n’strike” oddelegowano na jedyny singiel promujacy album i choc w kontekscie calosci nie byl to najgorszy wybor, to do „Bleed”, „Back to the primitive” czy nawet „Prophecy” z pozniejszej plyty ten track absolutnie startu. tego typu numerow jest tu najwiecej i gdyby tylko z nich skladala sie „trojka” to byloby dosyc smutno. pewnie, jesli najdzie ochota pomachac glowka, to ta plyta moze dostarczyc wiele radosci. ale jakos ostatnio mam coraz rzadziej ochote na tego typu rozrywki.
podejrzenia o brak pomyslow tworcow krazka poglebiaja same creditsy numerow. pomijajac bonusy, o ktorych pozniej, tym razem maxio siegnal az po dwa covery. nie jest to duza liczba, jak na 14 numerow na plycie, ale Soulflajowi nigdy wczesniej cudzesy jakos nie byly potrzebne. no i ja wiem, ze malo ktora kapele stac na zaskakujacy cover drugiej kapeli metalowej czy tez punkowej (tu na warsztat zostaly wziete tracki Sacred Reich i Nacao Zumbi), ale jednak po tworcy „Roots” mozna bylo oczekiwac wiecej ciut. wlasciwie tylko podpisany przez Cavalere i niejakiego Marianino „Call to arms” w kategorii „soniczny strzal w pysk” robi jakiekolwiek wrazenie.
okej, zajmijmy sie teraz numerami ktore sie wyrozniaja, praktycznie lub teoretycznie. najszybciej sie rozprawimy z trackiem o wszystko mowiacym tytule „9-11-01”. bo to po prostu minuta ciszy. lecimy wiec dalej. „Brasil”, czyli kolejny dowod na to, ze max nie bawi sie w intrygujace, wymyslne tytuly. tekst po portugalsku, instrumentarium tez eksportowane z ameryki poludniowej… fajnie, tylko ze ma sie wrazenie, ze takie numery to cavalera tworzy z przyslowiowym palcem w de. nie mowiac juz o tym, ze momentami traci to mocno „Ratamahatta”.nie zabraklo tez kolejnego „sequela” tytulowej piesni z „Soulfly”. niestety, jakos ta trzecia czesc jest zbyt przyjemna, zbyt easy-listening. czyli jak to z trzecimi czesciami bywa – popluczyny. o wiele fajniejszy jest drugi instrumentalny track „Zumbi”.
jesli chodzi o momenty wytchnienia, wciaz jednak osadzone w metalowym grzaniu, to takowe mozna znalezc w dwoch momentach. w „One” mamy goscinnie w zwrotkach Cristiana Machado, wokal Ill Nino. czyli symbol numetalowego przecietniactwa. gdyby wpisac numer w poczet experymentow, tym razem na zasadzie „ciekawe co wyjdzie z polaczenia cavalerowych wrzaskow i zaspiewow a’la linkin park”, to okej, mozna wybaczyc. poza tym, na tle calosci jest to jakis przynajmniej intrygujacy moment. no ale jednak… dobra, zajmijmy sie drugim, znacznie pozytywniejszym momentem. „Tree of pain”. sliczniuchny, delikatniuchny poczatek w wykonaniu pani znanej nam z cud-refrenu „Flyhigh” poprzedniej plyty. nagle wchodzi typowy soulflajowy wyziew, ktory tym razem, zamortyzowany wspomnianym wstepem, robi dosc pozytywne wrazenie. zwlaszcza ze w pewnym momencie wdziera sie elektronika, co akurat u Maxa jest pewnym novum. troszke track obniza loty przy zwrotce w wykonaniu Ritchie Cavalery, no ale okej – jakbym nagrywal plyte, to bym cala rodzine na nia zaprosil, wiec czepiac sie nie bede. potem slyszymy repryze poczatkowego tematu i sie zastanawiamy, dlaczego tak sie nie dalo zainrygowac w innych piosenkach? podobnie jak w przypadku „Bleed, „First Commmandent” i „Pain” – smierc pasierba „zaowocowala” najlepszym fragmentem albumu (choc znow – „TOP” to zaledwie cwierc potegi tamtych kawalkow).
szybciutko o bonusach i konczymy dzisiejsze zajecia. wiec tak – dwa covery. „I Will Refuse” Pailheada i „Under The Sun” Black Sabbath. ciekawy wybor, niestety same wykonania juz ciut mniej. i dwa live tracki z Ozzfestu – „Eye for an eye” i „Pain” wykonany z jakimis leszczami. okej, choc wiekszych doznan brak.
to nie jest dramatycznie zly album. ale myslalem, ze po Cavalerze mozna sie spodziewac wiecej niz lomotu dla niewyzytych. jak pokazaly pozniejsze albumy – chyba sie mylilem.
najlepszy moment: TREE OF PAIN
ocena: 6,5/10