rageman.pl
Muzyka

Incubus – Make Yourself

rok wydania: 1999

wydawca: Immortal

 

powrot do korzeni, hehehehe.

no ale powaznie, jakos dzis mnie wzielo na rewizje tego zespolu. i niestety, nie dalo sie odtworzyc uprzedniej zajawki ta kapela. z drugiej strony – dramatu nie ma.

problem z dowodzana przez niejakiego pana brandona boyda jest taki, ze to sympatyczna kapela, ktorej zwlaszcza na „Make yourself” udalo sie ustrzelic pare przebojowych piosenek. i tylko tyle. zadnego eargazmu nie ma, niesamowitych aranzacji, zwierzecej wrecz energii. spoko, przeciez juz ustalilismy, ze na swiecie jest miejsce zarowno dla Pavement, jak i dla radio-friendly poprocka (nazywanie tego alternatywnym rockiem to jakas mega niedorzecznosc). problem w tym, ze mam wrazenie, ze panowie z Incubusa wlasnie chcieliby byc poczytywani jako ambitna kapela, dla „smakoszy muzycznych”. a to juz wzbudza nie tyle sprzeciw, co lekki LOL.

dobra, tyle jesli chodzi o geneze zjawiska zwanym Incubusem. a teraz o samej plycie. historyczny rys jest taki, ze ta plyta byla dla tej kapeli przelomem tak stylistycznym, jak i komercyjnym. czytaj: zamiast uprawiac czasem naprawde pojebane, funkmetalowe granie jak w utworach typu „take me to your leader” (kapitalny klip, swoja droga) czy „new skin”, to postanowili tworzyc muzyke srodka. okej, nie jest to tak nuzaco jednostajne jak Staind czy chamsko nastawione na przebojowosc jak Nickelback. poza tym, mimo wszystko, pan wokalista ma przyjemna barwe glosu, ktora chetnie forsuje, nie bawiac sie w rapowanki. a wlasnie, a pan dj to calkiem tez sympatycznie pakuje swe 3g do aranzacji. no i nie graja metalu. o kurcze, strasznie duzo znalazlem tych plusow. ciecie!

okej, a powaznie. za duzo tez o tej plycie sie nie da powiedziec, bo jakos specjalnie eklektyczne granie to nie jest. prawie wszystko sie rozgrywa na plaszczyznie „hit or miss” (moznaby nawet konkretniej to ujac – wszystko zalezy od tego co pan wokalista wymysli, bo reszta kapeli do jakis wybitnych grajkow nie nalezy). wiec pare tych hitow tu odnotujmy: „The Warmth” (najfajniejszy numer tutaj – jest w tej aranzacji jakas magia, kurcze no), „Stellar” (calkiem urocze zwrotki), „Pardon Me” (mega sentyment – pare zdolowanych wieczorow w okresie wczesnego liceum przy tym tracku sie spedzilo). z „Battlestar Scralatchtica” akurat beki nie ma, a to za sprawa udzialu cut chemista i dj nu-marka z jurrasic 5-  baaaardzo ladna popisowka na nalesnikach. przyznam sie tez, choc niech to zostanie tylko miedzy nami, ze na poczatku calkiem wpadlo mi w ucho akustyczny „Drive”. po paru setkach przesluchan (z czego moze jakis 5% wynikalo z wlasnej woli) entuzjazm, najdelikatniej rzecz ujmujac, opadl. ale z drugiej strony – gdy raz zobaczysz, jak cala zenska czesc Orbitala giba sie do tego kawalka, to sentyment zostaje ci juz na zawsze.

czyli co? generalnie ujdzie. a ze album uchodzi za najlepszy w ich dyskografii, to chyba jesli trza juz znac tego calego Incubusa, to optuje za tym albumem. nie potrafie tylko sie wyzbyc wrazenia, ze gdyby panowie stacjonowali nie w, mimo wszystko bardziej friendly dla dziwniejszych dzwiekow, Stanach Zjednoczonych a w Polsce, to by grali jak Feel. a ze Feela zaczalem ostatnio doceniac, to i dla Incubusa bede dzis mily.

 

najlepszy moment: THE WARMTH

ocena: 7,5/10

Leave a Reply