rageman.pl
Muzyka

Family Values Tour ’98

rok wydania: 1999

wydawca: Immortal

 

ratunku! nu metal zaczal mi sie znow podobac!

no a tak na powaznie… moze zaczne od takiej refleksji: podoba mi sie to, co dzieje sie na polskim rynku festiwalowym. ostatnie line-upy Open’era nie robia tak jak jeszcze pare lat temu, ale wciaz jest to najciekawszy event polski, slusznie uznawany za jeden z najlepszych w europie. zreszta alter art odwala genialna robote, bo ma przeciez w katalogu takze Selectora czy Coke Live Music Festival. coraz ciekawszy profil ma fest w Jarocinie. Wegorzewo to troche groch z kapusta, gdzie rzeczy ciekawe siasiaduja z max czerstwymi, ale tez dobrze ze jest. a przeciez jest tez mnostwo mniejszych, czasem ciekawszych festow – Assymetry, Boogie Brain, Off Festival… coby nie mowic o metalu, dobrze ze i ten gatunek ma swojego reprezentanta w postaci Hunterfestu, ktory mega wolno, ale jednak jakos tam sie rozkreca.

zazdroszcze jednak amerykanom festiwali objazdowych. w polsce, a i w europie to raczej takich rzeczy sie nie doczekamy. zreszta na takim rozleglym terenie jak usa takie rozwiazanie to raczej wymog, anizeli ekstrawagancja. niemniej to musi byc genialna sprawa, ze nawet do twojej wsi przyjezdza zestaw gwiazdeczek wiekszych i mniejszych.

ciekawym zawsze tez mi sie wydawalo, ze sporo takich festow amerykanski ma swoja gwiazde-organizatora. no okej, w polsce Hunter ma Hunterfest, a Farben Lehre Punky Reggaey Live, no ale… Farben Lehre… hmmm… okej, wrocmy do stanow. wiec Ozzy ma swoj Ozzfest, Lollapalooza Perry’ego Farrela, Anger Management Eminema. kazdy, kto poczuje sie potezniej swiecaca gwiazda, robi swoj fest. nie ominelo to Korna, ktory pod koniec ubieglej dekady komercyjnie rzadzil i dzielil. wymyslili Family Values.

okej, moze to numetalowy fest. ale dopoki na numetalowych zjazdach beda wystepowac tacy wykonawcy jak Ice Cube, to bede ich stalym bywalcem. jakos dzieki tej obecnosci Jacksona blizej FV do Lollapaloozy niz Ozzfestu. gatunkowa wolnosc, zadnej zabawy w terminologie.  Green Day obok A Tribe Called Quest, Korn obok Snoopa – wszyscy reprezentowali po prostu alternatywe.

tutaj tez jest teoretycznie alternatywa. bo obok gwiazd – Korna i Ice Cube’a – reszta to byly „mlode, dobrze zapowiadajace sie czadujace zespoly”. nikt jeszcze nie przypuszczal, ze Limp Bizkit stanie sie numetalowym monstrum, Incubus przymili sie do radia. a Rammstein robil wtedy w stanach za dziwadlo z europy.

okej, ale moze o samym repertuarze. pojedzmy zgodnie z albumowa kolejnoscia, ktora zgadza sie z tym, w jakiej kolejnosci grupy wystepowaly. zaczyna Incubus z „New Skin”. ekipa Boyda jeszcze w „krejzolskim”, funkmetalowym wydaniu. jest okej. potem na trzy numery wchodzi Orgy. lubie ten zespol wciaz. dzis, kiedy „czad” juz nie przyslania mi tak bardzo mizernego songwritingu, oferta Orgy wydaje mi sie wciaz w miare atrakcyjna. okreslenie „metalowy duran duran” to bzdura (predzej dalbym depeche mode), ale naprawde ladnie udaje im sie laczyc ejtisowe melodie z industrialnorockowym brzmieniem. grande finale to ichniejsza wersja „Blue Monday” New Order – wlasciwie ograniczajacy sie do opakowania w ciezej brzmiaca elektronika. ale oryginal ultrazacny, wiec i przerobka mi sie podoba. choc to ona zapoczatkowala obrzydliwy trend, w ktorym kazdy numetalowy sklad przerabial hit lat 80tych (najczesciej dajac efekt na singla i tak zaczynajac swa „kariere”).

po „ordzi” wchodzi fred durst i spolka. kurcze, wlasnie mi sie przypomnialo, jak 10 lat temu, znajac limp bizkit tylko z tej skladanki, wydawal mi sie zespolem mistycznym, elitarnym wrecz. ojaaaaaaa. staram sie byc obiektywny i nie zjebywac zespolow tylko za to, ze sa. ale sluchaj np takiego kawalka jak „Cambodia” trudno nie zauwazyc, ze caly jego „mistycyzm” opiera sie na durstowym „get da fuckaaaaaaaaa” i lomocie gitarowo-skreczowanym. podobnie juz stracila troche uroku przerobka george’a michaela „faith”, ktora pomogla limpom przebic sie komercyjnie. choc na pewno, obiektywnie rzecz ujmujac, jest to bardziej pomyslowa sprawa niz wspomniany cover „Blue Monday”. o wiele lepiej wypada jednak uklon w strone dj lethala, czyli „jump around” house of pain. ziomalsko rzecz ujmujac – full kozak.

ale szybko zapominamy o limpach z sekunda, kiedy zaczyna swoj wystep Ice Cube. co tu duzo mowic – koles kradnie show. dotychczas to byla przygrywka do jego wejscia na scene. tylko trzy numery, podobnie jak LP czy Orgy. wykorzystuje ten czas dany mu na tym albumie w stu procentach. no kurcze: „Check Yo Self”, na podkladzie z „The Message” Grandmastera!. „Natural Born Killaz” – gangsterski klimat tak odtworzony, ze mozna posrac sie ze strachu przed glosniczkami w kompie siedzac w mieszkanku we wrzeszczu. a co dopiero stojac ilestam metrow od Pana Kostki Lodu. a na kompletne dobicie klasyczne dokonania tego pana z czasow NWA – „Straight Outta Compton” spleciony z „Fuck Da Police”. nie mam wiecej pytan.

ni stad ni zowad po Ice Cube pojawia sie Rammstein. na szczescie tylko z jednym numerem, wiec nie mecza zanadto. zreszta, „Du Hast” to akurat jeszcze nie taki zly numer, wiec jest okej. ale czekamy na druga gwiazde wieczoru. zaczynaja oczywiscie kobza… dudami? anyway, „Shoots and ladders”, przechodzacy w medley takich rarytasow jak „Divine” czy „Justin”. dwa hiciory z „Follow The Leader” – „Got The Life” i „Freak On A Leash”. jeden z moich ulubiencow z drugiego krazka, czyli „Chi” (poprzedzony oczywiscie „Twistem” znanym takze jako inabuuuuurappaapadabadiiiiirabudaba). na bis oczywiscie „Blind” i do domu. juz wtedy Korn byl firma, nie bawiaca sie w spontaniczno-unikalne ceregiele. ale ja juz chyba zawsze bede lubil ten zespol.

no wlasnie. zamiast oceniac, jak to wykonawczo stoi, czy tez repertuarowo, niech ocena bedzie odpowiedz na pytanie: poszedlbym na taki festiwal? poszedlbym. tak na 70 procent. co czyni ze mnie hipokryte, bo ostatnio zastanawialem sie, jak nie bedac juz licealista mozna jechac na koncert Limp Bizkit. no, ale Nergal wzial za to Dode na randke na koncert Slipknota. tego juz nic nie przebije.

 

najlepszy moment: ICE CUBE – CHECK YO SELF (REMIX)

ocena: 7/10

Leave a Reply