Open’er Festival 2009 (dzień trzeci)
kto: Faith No More
kolejne muzyczne marzenie zrealizowane. widzialem Faith No More na zywo.
prosze nie sugerowac sie tematem notki. nie bedzie za duzo o festiwalu organizowanym przez Alter Art. od razu chce zaznaczyc, ze mega szanuje te ekipe za to, co zrobili i wciaz robia. 10 lat temu moglismy pomarzyc o takim evencie. o festiwalu SWIATOWYM. jakkolwiek durnie by to nie brzmialo. ale chodzi o to, ze to juz nie jest swietny fest jak-na-polskie-warunki. to juz jest swietny fest tak-po-prostu. choc nie jestem specjalnie obeznany z festiwalami na swiecie. okej, do glastonburry nie ma co porownywac. ale sziget, t in the park, hm?
a jednak przyznam szczerze, ze gdyby nie FNM nie wybralbym sie w tym roku do babich dolow. jakos sie z HOF’em rozminelismy jakis czas temu (a dokladnie rok temu). moglbym uznac, ze oferta Open’era przestala do mnie trafiac, ze za duzo w tym pseudo-indie wynalazkow, a za malo prawdziwej alternatywy (bo chyba po to powstal popowy Coke Live Festival, aby Open’er mogl byc alternatywny?), ze pod brytoli to wszystko, blablabla. ale prawda jest taka, ze i mi sie gust muzyczny ostatnio mocno pojebal (bynajmniej nie „rozwinal”, heh, az tak pretensjonalny to nie jestem), a i koncerty zaczely mnie meczyc. to co jeszcze jakis czas temu skladalo sie dla mnie na unikalna atmosfere Open’era, dzis mnie zwyczajnie meczy. uscisk w skmce, czekanie 3 kwadranse na busa, polgodzinne przemieszczanie sie od sceny do sceny, lansiarstwo, grzyweczki, rzygam. obiektywnie to wszystko powinno byc jednym wielkim komplementem, bo swiadczy o rozwoju festiwalu. ale to-juz-nie-dla-mnie.
anyway, na miejsce festu dotarslismy doscyc pozno, bo okolo 20.00. jakos chcac umilic dwugodzinne oczekiwanie na FNM postanowilismy dac szanse Madness. tyle ze panowie, jak sie okazalo, mieli problem z dotarciem, wiec zamiast zaczac set o 20.00 na glownej scenie, odpalili swa sztuke godzine pozniej na World Stage. za duzo o tym koncercie w stanie nie jestem powiedziec. bo raz, ze ten zespol poza hitami typu „One Step Beyond” (ktorym zreszta zaczeli show) nie byl mi znany. po drugie, podczas calego koncertu myslalem jednak o tym, jak wyjdzie koncertowy reunion pattona i spolki. wiec bez zalu specjalnego przed 22.00 udalismy sie pod Mejn Stejdz.
zaczeli nietypowo, kawalkiem zupelnie mi nieznanym. poczatkowo myslalem ze to jakas zmodyfikowana wersja „evidence”, ale nie. to byl stary r’n’b hit pod tytulem „Reunited”. przyznaje, musialem wspomoc sie setlist.fm. numer mega przyjemny, a zwazywszy na tekst – calkiem adekwatny.
pozniej jednak odpalili „Land Of Sunshine”. czyli genialny otwieracz „Angel Dust” i rownie swietne wprowadzenie do „koncertu wlasciwego”. chyba tylko „from out of nowhere” mogloby stanac z nim w szranki. swoja droga, szkoda ze tego utworu zabraklo… ale poza tym to setlista cudo. nawet pomimo tego, ze przewazaly hity. a moze wlasnie dzieki temu? pytanie z dupy, przjedzmy wiec do wymieniania z kronikarskiego obowiazku: „midlife crisis”, „be agressive”, „the gentle art of making enemies”, „ashes to ashes” (!!!), „last cup of sorrow”, „cuckoo for caca”, „just a man”, „just a man”… oczywiscie zgodnie z prawidlowoscia, ze im lepszy koncert tym mniej z niego pamietamy (i naprawde, alkohol nie ma nic do tego), lece z tym wymienianiem „na czuja”. wiec pewnie o czyms zapomnialem, a czego z tej listy nie bylo, heh. chociaz nie, bardziej to pierwsze.
jeszcze dwie rzecz odnosnie setlisty. primo: nie zabraklo oczywiscie spokojniejszych numerow, zeby nie rzec „ballad”. i o ile „evidence” sie spodziewalem, tak „easy” mnie zaskoczylo. a juz zupelnym szokiem byl „I started a joke” – choc singlowy, to trudno go uznac za fejtnoumorowy przeboj (inna sprawa, ze to cover). secundo: wczesniej zastanawialem sie, jak tak dalece zaawansowany awangardowiec jak Mike Patton „poradzi se” z takimi przeboikami jak „easy” czy „epic”. poradzi sobie oczywiscie w mentalnym sensie. a tu prosze – nie dosc, ze odspiewal je bez zadnego odnotywalnego poczucia zazenowania, to i siegnal po prymitywne poczatki FNM w postaci „We Care A Lot”.
no dobra, a teraz o samym aspekcie wykonawczym. bo to on przede wszystkim zadecydowal o potedze tego wystepu. hmmmm, jakby to ujac…. MIKE PATTON, SANTO SUBITO! to ze koles potrafi zrobic z glosem WSZYSTKO, to wiedzialem. i nie to, abym czekal az powinie mu sie noga. ale przeciez ten koles przekroczul juz czterdzieche, nie musi mu wiec wszystko wychodzic co sobie „wymarzy” wokalnie. a jednak – opetanczy wrzask plynnie niczym mydlo w plynie przechodzil w soulowe zaspiewy gwarantujacy kisiel w majteczkach plci tak zenskiej, jak i meskiej. no i rzeczywiscie – typ jest encyklopedycznym przykladem bycia cool i zabojczo przystojnym. co podkreslane bylo jeszcze przez gajerki, w ktorych zreszta wystapil caly zespol (poza perkusista, rzecz jasna). i chociaz nie bylo specjalnie duzo gadek z publika, to i tak byla ona kupiona juz od poczatku (polecial wprawdzie tekst o „najlepszym show na trasie”, ale akurat od bassisty, nie pattona). przede wszystkim chyba wyjsciem do ludzi w trakcie „evidence” z prosba o odspiewaniu tekstu tegoz tracka… w jezyku polskim. nikt nie podolal, niestety. lukajac na jutubie na fragmenty osttanich wystepow fnm zauwazylem, ze mike wciaz praktykuje wplatanie aktualnych pop-przebojow do wlasnych numerow. podskornie oczekiwalem jakiegos timberlake’a czy kate perry, ale do niczego takiego, co ciekawe nie doszlo. no chyba ze „zaliczyc” zaspiew „ole ole” przed „stripsearch”.
i chociaz nie ma watpliwosci, ze byl to show przede wszystkim pattona, to jednak warto odnotowac calkiem niezle poczynania reszty skladu. w szczegolnosci pochwalilbym jona hudsona na gitarze. moze nie tak charyzmatyczny jak jim martin, ale gra potwierdzil, ze zaproszenie akurat jego do reunionu bylo dobrym wyborem.
co tu duzo mowic – genialny jak dla mnie koncert, tak muzycznie jak i wizualnie (swietne swiatla, choc skoro jestesmy przy technikaliach to momentami mialem wrazenie jakby naglosnienie dziwnie „balansowalo” miedzy lewym i prawym glosnikiem). swietne przyjecie publiki, ktora wymusila na zespole az bodajze trzy bisy (w ich trakcie odegrano „stripsearch” czy niemal nieobecny na tej trasie „digging the grave”). co o tyle cieszy, ze chyba kazdy sie zgodzi, ze FNM bylo zespolem najbardziej odleglym stylistycznie od reszty line-upu. zreszta mnie samego doszly sluchy w trakcie festu, ze co to jest, ze odgrzewany kotlet, ze metalami sie przez pattona i spolke zaroilo. a ja powiem tak, ze dla mnie ten koncert byl dokladnie tym, czym set Sonic Youth pare lat temu. chwila prawdy. 90minutowa lekcja na temat, czym jest Alternatywny Rock. lekcja pokory dla wynalazkow typu the kooks, kings of leon czy renton oraz ich wielbicieli, beszczeszczacych nie tylko termin „indie”, ale i nawet „rock”. pewnie nie doczekamy sie na openerze wystepow tortoise, shellaca czy nomeansno, wiec dobrze ze za „obroncow hardkoru” robia przynajmniej te sklady, ktorym udalo sie po czesci zagoscic w mainstreamie. nawet jesli ten reunion fnm zakonczy sie na tej trasie, to i tak dobrze ze wrocili. bo to wciaz dla mnie najlepszy projekt pattona, idealnie rownowazacy awangarde i przystepnosc (niestety przy projektach z zornem juz wymiekam).
a innymi slowy – milo bylo popatrzec na pizdeczki w arafatkach wystraszone szalenstwami pattona. przez chwile poczulem sie jak tru metal, heh.
najlepszy moment: STRIPSEARCH
ocena: 9,5/10
