Limp Bizkit – Significant Other
rok wydania: 1999
wydawca: Flip
byc moze bede zalowal tej notki do konca zycia, ale dzisiejsze danie szansy tej plycie plus grypowy stan z utrzymujaca sie przez wiele godzin goraczka zaowocowalo refleksja, ze ten krazek… gulp… nie jest az taki zly.
limp bizkit. najbardziej znienawidzony reprezentant najbardziej znienawidzonego gatunku na swiecie. postac freda dursta, byc moze jednego z najwiekszych burakow w swiatowym showbizie. george w. bush w swiecie muzyki. groteskowa prezencja, mizoginistyczna a przewaznie zwyczajnie debilne teksty i rapowe umiejetnosci na poziomie naszego Norbiego czy Malolata. czlowiek, ktorego kocha sie nienawidzic.
z drugiej strony… byc moze nie do konca slusznie ta nienawisc rozciagnela sie na caly sklad limp bizkit. bo tak sie jakosc ciekawie zlozylo, ze kazde stanowisko w LP (poza wokalista, rzecz jasna) jest obstawione przez jednych z najlepszych muzykow w nurcie zwanym numetalem (srednia konkurencja, ale niech bedzie). pewnie, o dream theater moznaby to samo powiedziec. ale u lp to nie sa onanistyczne popisowki, tylko partie idealnie trafiajace w punkt, momentami wrecz genialne (glownie mowa o gitarze). dj lethal – legendarny skreczer house of pain, w lp udowadniajacy, ze dj w rockowym skladzie moze byc jego integralna czescia, a nie tylko ozdobnickiem. sekcja rytmiczna rivers/otto – kapitalnie czujaca groove, nie dziwi fakt ze wczesniej terminowali w jazzowym skladzie. wes borland – obecnie jeden z najbardziej charyzmatycznych gitarzystow, nie tylko numetalu. muzycznie – prawdziwe spiritus movens zespolu. typ z ktorym chciala grac polowa wspolczesnej altmetalowej sceny i jedyny osobnik z obozu LP, o ktorym inny muzycy wypowiadaja sie z szacunkiem. o tym, jak wiele znacza umiejetnosci Borlanda w tym zespole moze swiadczyc „Results may vary”, oficjalnie jeden z najgorszych albumow ostatnich lat. i chociaz borland uczestniczyl w nagrywaniu „chocolate starfish…”, ktory tez siegal dna, to na „SO” udalo sie temu kolektywowi blysnac czyms na ksztalt talentu kompoztorskiego. booklet nic nie mowi o wkladzie poszczegolnych muzykow w tworzenie piosenek, ale wierze ze na wysokosci „SO” Borland mial znacznie wiecej do powiedzenia niz kiedykolwiek pozniej.
przede wszystkim – single. z „break stuff” i „nookie” na czele. gdyby wyciac wokale dursta, mielibysmy zwyczajnie pierwszej-klasy rock-petardy, w swej prostoscie wrecz kapitalne. pewnie, sentyment tez sie w tym momencie odzywa – na poczatku liceum z mym przeziomem (i heh, bylym „bandmate”) toxiciem katowalismy „BS” co chwila dochodzac do stwierdzenia, ze tak genialnego polaczenia energii rocka i rapu nie bylo od czasu ratm. mlodziencza zajawka, ale wciaz w tym kawalku tkwi solidny pierwiastek guilty-pleasure’owatosci. a z drugiej strony mamy jeszcze „re-arranged”. byc moze najambitniejsze dokonanie tego zespolu. zamiast schematu zwrotka-refren calkiem sprawne budowanie napiecia, „eksploszyn” i chillujaca koncowka. do „stairway do heaven” daleko jak stad do nowej zelandii, ale docenic mozna. no i „n 2 gether now”, stricte hiphopowy kawalek na i tak mocno przesiaknietej urban soundem plycie. na zwrotkach goscinnie maestro method man, na bicie wspomaga dj premier.
no i wlasnie, skoro jestesmy przy gosciach. pewnie grzechem byloby nazwac LP pionierami, ale faktem jest, ze dzieki sukcesowi „SO” sporo altmetalowych zaczelo spraszac na swe wydawnictwa gosci (chocby primus czy soulfly), co wczesniej bylo domena wykonawcow hiphopowych. a na „SO” jest tych gosci od groma, ale przegiecia nie doostrzegam. jest za to dzieki temu jeszcze ciekawiej, a przypadku dwoch piosenek dzieki gosciom wlasnie robi sie najciekawiej. mowa o „nobody like you”, gdzie zaskakujaca jak na tych panow dawke psychodelii dostarczaja jonathan davis (korn) i scott weiland (stone temple pilots, ex-velvet revolver). a takze „no sex”, dla ktorego upodobania swojego nie jestem w stanie wytlumaczyc. ballada z refleksjami dursta na temat zwiazkow na poziomie dka „wybacz prosze” czy innych szlagierow donia. na dodatek w tle slychac postekiwanie wokalisty staind’a, aarona lewisa, dysponujacego tak dolujacym glosem ze mozna tylko sie cieszyc, ze kurt cobain juz nie jest w stanie go uslyszec. a jednak – chwyta. jestem emo-dresem. zamykajac jednoczesnie dwa tematy: „goscinne wystepy” i „limp bizkit a sprawa hiphopowa” – nie obylo sie bez skitow, z udzialem m.in. lesa claypoola, matki dursta czy radiowca matta pinfielda. a, jeszcze cos – czasem mam wrazenie, ze ten „horrorowaty” glos miedzy trackami mocno musial zainspirowac postac dj buhha…
to, jak zespol jest odbierany to ocena caloksztaltu jego dokonan plus jego, nazwijmy to, medialnej prezencji. w tym kontekscie limp bizkit wypada minusowo. ale kurcze, jesli chodzi o sam „significant other”… mam watpliwosci spore… goraczko, przejdz juz, blagam.
najlepszy moment: NO SEX (feat. Aaron Lewis)
ocena: 7,5/10