rageman.pl
Muzyka

Staind – Break The Cycle

rok wydania: 2001

wydawca: Flip

 

stan goraczkowy mi sluzy. jestem milszy dla takich zespolow jak Staind. czyli postgrungeowego wynalazku z wokalista o glosie, przy ktorym ian curtis brzmi jak niepoprawny optymista. ale zanim przejdziemy do meritum…

przyznam, troche mnie przeroslo numeryczne ocenianie albumow. np na poczatku sama „siodemka” to miala byc ocena oznaczajaca cos na ksztalt, ogolnie rzecz ujmujac, „wow! niezle!”. i chociaz staram sie oceniac glownie dobre albumy, to 7,5 dla co drugiego albumu to juz chyba przesada. poza tym, staralem sie oceniac plyty w miare obiektywnie, bez gatunkowego rozgraniczania, jako ze moj gust tez jest dosyc obiektywny… LOL. zarcik. no ale faktem jest, ze ocieram sie w tym zakresie o lekka schizofrenie. anyway, mialo byc tak, ze plyta X w swym gatunku jest zajebista, a plyta Y jak na swa dziedzina juz tak nie baudzo. no ale przez to doszlo do takiego paradoksu, ze napierdalajacy bez ladu i skladu yattering dostaje taka sama ocene co starajaca sie o melodie i aranzacje joni mitchell czy nawet taki incubus, ktory tez pare tych fajnych melodii mial na koncie. no i wychodzi bez sens. dlatego naprawde, nie zwracajcie uwagi na oceny pod spodem. w ogole, nie czytajcie tego bloga. sluchajcie swego serca. i badzcie dla siebie dobrzy. tudziez DOBZI.

a czemu tak malo o samej plycie stainda? a co mozna o niej powiedziec? pamietam, ze dostalem ja od znajomego mego ojca. facet – jakby nie bylo koles juz po trzydziestce – kupil ja po chwilowej zajawce singlowym „outside”, po czym sprezentowal mi ja z przeslaniem „dawno takiego gowna nie slyszalem, ale moze ty znajdziesz tu cos wartosciowego”. i rzeczywiscie, kiedy zna sie wszystkie „grandze” tego swiata trudno sie dac zlapac na to, co staind chce nam sprzedac. mozna oczywiscie probowac sie doszukiwac oryginalnosci w tym, ze kolesie zenia ten ich grunge z numetalowym brzmieniem. i chyba te malutka probe oryginalnosci mozna poczytac za najwieksza zalete tego bendu, ktory niespecjalnie ma sie czym innym poszczycic.

sam nie wiem w sumie, co wypada tu karykaturalniej – to cale emo zawodzenie czy numetalowe pojmowanie zlosci w muzyce, objawiajace sie m.in. cedzeniem slow przez zeby. wiecie, takie „sssssssssssuuffffferrrrrr…. rroooooaarrr!”. byc moze mialo to kiedys swa wartosc i czas niezbyt laskawie sie obszedl z takimi dzwiekami, no ale ciezko to dzis mi przelknac.

no i jeszcze jedna sprawa, ktora mi lezy na watrobie. czyli „staind a postgrunge”. mysle ze to wlasnie dzieki takim kapelom jak staind nazwa tego gatunku stala sie synonimem wszystkiego co w muzyce rockowej najgorsze, podobnie jak w przypadku numetalu. pewnie, moznaby sporo zarzucic zespolom takim jak Bush, Silverchair czy Stone Temple Pilots. przede wszystkim karygodny brak oryginalnosci. ale przynajmniej nie bylo to tak obrzydliwie radio-friendly. ba, moznaby nawet uznac, ze te zespoly probowaly jednak kombinowac, szukac wlasnego stylu. bush zadal sie ze steve’m albinim, silverchair jakies symfoniczne wstawki zaczal zapodawac, a stp mialo na wokalu scotta weilanda, ktory wznosil caly ten ich muzyczny bajzel na wyzszy poziom. staind nie ma na obrone nic. po czym poznac radiowego wykonawce? ano po tym, ze o ile piosenki z osobna, jako single jakos tam moga sie bronic, tak juz w zestawie ni chuja nie da sie ich od siebie odroznic. tudziez drugie rozwiazanie – slychac wyraznie, ktore numery z tego zestawu sa przeznaczone na podboj mediow. i staind to wlasnie jeden ze sztandarowych przykladow kapeli przeznaczonej do radia. skoro juz tak ta tyrada mi ladnie idzie – wiecie czemu tyle zespolow pieprzy cos o concept albumach? oczywiscie poza tym, ze wszyscy wyweszyli w tym zysk po sukcesie „american idiot” green day’a? ja wam powiem czemu – bo chodzi o wmawianie sobie i sluchaczom, ze te wydawane plyty cos jeszcze znacza, jako calosc. kiedy tak naprawde gowno znacza, bo caly pseudokoncept sprowadza sie do tego, ze pierdzenie z konca jednego kawalka przeradza sie w odglos przestera w kolejnym. czy pink floyd i the who wydajac swe najwieksze dziela gadali wszedzie dookola ze wydaja koncept albumy? i don’t think so.

okej, opanywowuwojemy emocje i konczymy wreszcie te smutna notke. okej, jest pare momentow, ktore mi sie tu podobaja. w „can’t believe” mozna uznac, ze ta zlosc wylewajaca sie w zwrotkach jest przekonujaca. w „for you” jest fajny riff (inna sprawa, ze podjebany z o wiele lepszego kawalka z poprzedniej plyty – laaaame). „outside” w akustyczniejszych zwrotek ma cos w sobie. kurcze, moze i ten caly „it’s been awhile” to obiektywnie *ladna* melodia. ale nozeszkur*ajapier*ole, gdzie „it’s been awhile” a gdzie „nutshell”, „immortality”, „fell on black days”  czy nawet „creep” (mowie o songu stp, nie rh)? roznica nieogarnialna.

chcialbym postawic siodemke tylko dlatego, ze mayhem tez dostal taka ocene, a tu przynajmniej jest jakas proba melodii. no ale nie moge. dam jednak komplement na koniec – gdyby ktos mi pod grozba smierci kazal wybierac miedzy staindem, nickelbackiem, creedem i seetherem, wybralbym tych pierwszych. oby jednak nikt nikogo przed takim wyborem nie stawial. to nieludzkie.

 

najlepszy moment: OUTSIDE (feat. Fred Durst)

ocena: 6,5/10

Leave a Reply