rageman.pl
Muzyka

Crazy Town – The Gift Of Game

Crazytown-GiftofGamerok wydania: 1999

wydawca: Columbia

 

oja pierdole, czego ja znow slucham…

to juz bedzie 10 lat, od kiedy przez telewizyjne kanaly muzyczne (tak! istnialy kiedys takowe!) przeszla choroba zwana „Butterfly”. klip majacy spokojnie swe miejsce na podium najwiekszych LOL’i, ROTFL’i a nawet WTF w kategorii muzycznej. no nie mowcie ze nie pamietacie wytatuowanych numetalowych kolesi rapujacych do sampla z RHCP i tego pieknego momentu, gdy w pewnym momencie motylki wytatuowane na tych kolesiach wzbijaja sie w przestworza. tak, to byl wlasnie Crazy Town. a, ogarnijcie okladke obok.

to bylo straszne kuriozum. kolesie dzieki tej jednej piosence sprzedali pare milionow debiutanckiej plyty, o ktorej dzis mowa. plyty w swej estetyce stanawiacej esensje numetalowosci. jest tu wszystko za co miliony wciaz uwielbiaja ten gatunek – z jednej strony metalowa jazda po bandzie (tatuaze, barrrrdzo glosne gitary), z drugiej zas cos co odroznia od dlugowlosych brudasow, czyli hiphopowa lekkosc i gibkosc bytu. „yo ziom, rock on!”. no a w takich momentach jak „butterfly” czy „dark cloud” (goscinnie jay gordon z orgy i troy van leeuwen z qotsa i a perfect circle) przypominaja o tym, ze numetale to w gruncie rzeczy bardzo wrazliwe chlopaki i twoja matka nie musi sie ich bac.

no generalnie chyba nie trzeba juz dalej tlumaczyc tego, ze crazy town to obiektywnie zly zespol jest. co nie przeszkadza dostrzec, ze pare momentow na plycie to jest lekkie guilty pleasures. ostatnio spokalem sie z takim stwierdzeniem, ze „guilty pleasures” to termin uzywany przez hipokrytow, ktorzy boja sie przyznac przed znajomymi, ze cos im sie podoba. byc moze czesto tak jest. ale wezcie np „barbie girl” aqua i „good vibration” beach boys. albo np cheeseburgera w makdonaldzie i danie w reastauracji. wszystkie przypadki smakuja, prawda? ale tez zupelna inna rozkosz uszu czy podniebienia jest w kazdym z tych przypadkow, rajt? okej, sa tacy ktorym cheeseburgery najzywczajniej w swiecie nie smakuja, tak jak kawalki aqua czy limp bizkit. ale generalnie czlowiek jest ulomny i robia go rzeczy, zdajac sobie sprawe z tego, ze sa one zle. i nie musi mu nikt o tym mowic – on sam to dostrzega, naprawde. zreszta, no nie tlumaczmy jzu tego – TO SIE WIE, TO SIE CZUJE.

no i wlasnie nie bede ukrywal, ze na plycie crazy town jest takich pare cheeseburgerow muzycznych. bo np gdyby nie fatalne flow dwoch raperow tego skladu to bym doznawal przy zajebistosci tego sampla rhcp. frusciante to geniusz, jak sie okazuje znow. albo np „revolving door” – ten podklad, no co ja moge zrobic, buja. juz przy okazji „loud rocks” mowilismy o tym, ze nie udalo im sie spierdolic klasyka tha liks „only when i’m drunk”. a skoro jestesmy przy flirtach cxt z klasyka hiphopu – „b-boy 2000” dzieki udzialowi krs-one to juz nawet nie guilty pleasure. zajebisty beat. no i ten, wokal zenski w „players”. i jeszcze stricte numetale „toxic” i „darkside”, mile wspomnienie liceum. kurcze, cos za duzo wymienilem tych kawalkow. wiec powiem tak – sa tez tu rzeczy absolutnie zerowe typu „think fast”, „lollipop porn” czy „face the music”, solidnie sprowadzajace na ziemie.

sluchanie tej plyty jest jak przypal z conajmniej nienajladniejsza dziewczyna na imprezie. przez chwile sie wszystko zgadza, jest fajnie – gitary, cycki, beaty, pewnych ciagot przezwyciezyc sie nie da. ale po wszystkim budzi sie mega-moralniak. czemu akurat TA plyta, skoro na codzien nie moge na nia patrzec?

 

najlepszy moment: B-BOY 2000

ocena: 6/10