rageman.pl
Muzyka

Audioslave – Audioslave

rok wydania: 2002

wydawca: Epic

 

jak juz wczoraj wspominalismy, okreslanie A Perfect Circle mianem supergrupy jest nie do konca na rzeczy, zwazywszy na marginalna role w tym projekcie takich supernazwisk jak james iha czy trou van leeuwen. podobnie niezbyt sprawiedliwe teoretycznie jest okreslanie w ten sam sposob Audioslave. supergrupy zazwyczaj kojarza sie z zestawami ludzkimi, gdzie kazdy muzyk to inna bajka (czy tez z innej kapeli). przypadek audioslave jest prostszy – 3/4 skladu rage agains the machine plus najwazniejsza cwiartka soundgarden w postaci chrisa cornella. a jednaj efekt finalny jest bardzo „supergrupowy”. czyli zdecydowanie ponizej oczekiwan.

zanim jednak pokrytykujemy, nalezy wrecz wymienic plusy tego wydawnictwa. zwlaszcza ze sa one mega solidne. oto one: „Like a stone”, „I am the highway”, „Cochise”, „Show Me How To Live”, „Shadow Of The Sun”, „Light My Way”. cudne melodie, zarowno balladowe jak i „czadowe”. dawno takich nie mial zarowno ratm, jak i tym bardziej solowy cornell. zwazywszy na to, ze na pozniejszych plytach audioslave udanych melodii bylo jak na lekarstwo, wydaje mi sie, ze gdyby wspolpraca tych panow ograniczala sie do jednej, winylowo sformatowej plyty (45 minut a 65 to spora roznica) mielibysmy naprawde sympatyczne nawiazujaca do korzeni plyte. byc moze takie nawet bylo poczatkowe zalozenie. niestety uznano ze warto z tego zrobic regularny band i koniec koncow audioslave nie bedziemy juz tak mile wspominac.

a teraz minusy. zacznijmy od tych, ktore maja wlasne nazwy: „the last remaining light”, „bring em back alive”, „exploder”. malo gdzie mozna spotkac tak wymeczone melodie. tak, wlasnie to chyba najlepsze okreslenie: wymeczone. a sluchacz meczy sie jeszcze bardziej. jedziemy dalej i jednoczesnie musimy uscislic pewna rzecz: wymienione w poprzednim akapicie piosenki wyrozniam wylacznie za melodie. bo aspekt wykonawczy to lekki dramat.

po pierwsze: ja rozumiem, ze mialo byc klasycznie. dlatego choc czesto w kontekscie audioslave pojawia sie okreslenie „post grunge”, to z nickelbackiem czy staindem nie ma to nic wspolnego. predzej z foo fighters. ale porownywanie do led zeppelin to juz ostre przegiecie i obraza dla ekipy page’a. tym bardziej, ze o ile cornell czy morello zasluzyli na porownania do planta i page’a tym co robili w macierzystych kapelach. tak absolutnie nie za to co odwalaja w audioslave. okej, imitowanie didzejskiego skreczowania za pomoca gitary srednio pasowalyby do koncepcji tego skladu (chociaz i tak morello przemyca swe trademarkowe patenty, jak w „bring em back alive”), ale ten koles potrafil zaskoczyc kapitalnym, oldskulowym riffem. to takich riffow jak na lekarstwo. slucham tego materialu i sie zastanawiam: gdzie jest ten jeden z najgenialniejszych gitarzystow ostatnich lat? oczywiscie trudno przy tak obranej stylistyce oczekiwac jakiejs rewelacyjnej gry sekcji rytmicznej. ale znow – no naprawde nie slychac ze graja kolesie, ktorzy grajac w ratm pomyslowoscia czasem przebijali samego oslawionego morello (dotyczy to szczegolnie commeforda na basie).

cornell… cornell… ja rozumiem ze ciezki okres, z wychodzeniem z nalogu w roli glownej. ale to co odpierdala tutaj mozna nazwac tylko fuszerka. a momentami totalna zenada. wezmy np koncowke „shadow of the sun” – toc to dramat, od ktorego pekaja uszy. chyba ze kogos ruszaja takie momenty, kiedy wokalista sie stara, choc mu w ogole nie wychodzi. to wtedy tak, ta minuta dostarczy solidnych wzruszen. popis cornella w finale „explodera” to tez jakas groteska, chyba w zalozeniu majaca nawiazywac do popisow planta. w ogole, z cornellem w audioslave byla o tyle ciekawa sprawa, ze kiedy na koncertach wykonywali klasyki soundgarden to jakos potrafil te piosenki wykonywac z nieprzemijajaca pasja, zarem. wracali do piosenek audioslave i znow chaltura. wokal cornella (choc nie tylko, patrz wywiady) tutaj to jeden wielki sygnal – „pogubilem sie, rozwiazanie soundgarden to byl blad, tesknie”. a, jeszcze kwestia tekstow. akurat zawsze wyzej stawiam same dzwieki i nie zwracam tak uwagi na to co wokalisci wyspiewuja. no ale sa pewne granice. ktore cornellowi udaje sie tutaj przekroczyc. taki refren „bring em back alive”, kiedy cornell sie wydziera „i am the virus”, czy tez poczatkowe wersy „shadow of the sun”: „once upon a time I was out of mind”… i nigdy wiecej juz nikt nie powie sepie milosci.

jakby tego bylo malo, calosc dobil niespodziewanie rick rubin jako producent. potwierdzajac, ze przestal niestety juz byc krolem midasem i odpieprza na debiucie audioslave taka sama fuszerke co podopieczni. zero rockowej spontanicznosci, obrzydliwe wygladzenie calosci, gitarowy easy-listening. z drugiej strony – zatrudnienie brendana o briena na pozniejszych plytach niespecjalnie pomoglo. najwyrazniej trudno z gowna wykrecic czekolade.

jeszcze raz, na podsumowanie – jest tu naprawde sporo absolutnie cudnych melodii, jakich nigdy w zyciu nie wymysliyby zespoly pokroju creeda czy stainda. mozna nawet powiedziec, ze to najlepsze melodie jakie ci muzycy wymyslili w XXI wieku (zwlaszcza ze wiele to oni w tej dekadzie piosenek nie popelnili). a ze koniec koncow melodie sa najwazniejsze w takim graniu, to i ocena bedzie wysoka. niemniej skupic sie na wszystkich pozostalych aspektach plyty, to trzebaby wprowadzic minusowa skale. naprawde dobrze, ze panowie zorientowali sie ze nic wielkiego z tego nie bedzie i dali sobie spokoj z wspolnym graniem.

 

najlepszy moment: I AM THE HIGHWAY

ocena: 7/10

Leave a Reply