Machine Gun Kelly – 100 Words And Running
rok wydania: 2010
wydawca: DIY
Po tradycyjnym już omówieniu kilku klasycznych albumów na początku miesiąca wracamy do rapowej codzienności.
Machine Gun Kelly to koleżka którego zdążyliśmy tu przedstawić w ramach omówienia „Differenter Gang”, jego kolaboracyjnego mikstejpu z Travis Porterem. Mimo zaledwie dwudziestu dwóch wiosen na karku chłopak zdążył całkiem solidnie namieszać w rap grze wydanym parę miesięcy temu debiutem na legalu „Lace Up”, pod egidą zasłużonego Bad Boy. Cóż, mimo nieustającej pogardy dla P Diddiego/Puff Daddy’ego/czyjaktamsięterazzwie jako ekhm twórcy trzeba mu przyznać, że wciąż wykazuje się całkiem niezłym nosem w kwestii wyszukiwania nowych talentów. O French Montanie, innym dowodzie całkiem niezłej selekcji w wytwórni Diddy’ego, nagadaliśmy się ostatnimi czasy dość sporo. Zresztą Kelly’ego i Montanę łączy jeszcze jedna ciekawa rzecz. Jakiś czas temu mój ziom, dość mocno zresztą obcykany w kwestiach muzycznych, podzielił się ze mną spostrzeżeniem, że aktualnie białasy są znacznie ciekawszymi raperami aniżeli ich czarnoskórzy koledzy po fachu. Opinia nie tylko na pierwszy rzut oka nielogiczna (przecież Murzyni mają flow niemal przypisane w genach), ale i nosząca znamiona rasistowskiej, bo co niby ma wspólnego talent z kolorem skóry? A jednak sam się przyłapuję na tym, że przy rozmaitych kolaboracyjnych rap trackach zza Oceanu najłatwiej mi wyróżnić białych raperów. I chyba nie ma to wiele wspólnego z faktem, że wciąż są oni w mniejszości. Zresztą wystarczy rzucić okiem w archiwum tego bloga (wyszukiwarka po prawej stronie tuż nad rocznikami – polecam!) – poza French Montaną największe propsy zgarnął Yelawolf, mający indiańskie korzenie…
W każdym bądź razie, już bez socjologicznej rozkminki – MGK to zawodnik, na którego zdecydowanie warto zwrócić uwagę. Oczywiście jeśli jest się otwartym na szeroko pojęty mainstream, jako że młodzian jest ewidentnym wyznawcą newschoolu. Ale co ciekawe, pomimo iż wycieczki w bardziej odmienne klimaty zdarzają mu się incydentalnie (przyjmijmy, że klasycznie brzmiący „A Million And One Answers”, z fajnie skonstruowanym tekstem-dialogiem, czy zwłaszcza „przytłumiony” „The Finish” reprezentują bardziej eksperymentalne podejście do tematu), materiał zdecydowanie da się określić mianem różnorodnego. A co najlepsze – ani razu nie popada w klimaty trapowe, choć MGK dosyć często gości w nagraniach z tego nurtu. Na swój mixtape zaprosił jednak niewielu gości, w tym naszych milusińskich z Travis Porter.
Jedyne do czego można by się przyczepić do dość ryzykowne ślizganie się po oczywistych cudzesach. Bo o ile np. „Run This Town” fajnie czerpie z wiadomo-jakiego hitu, podobnie jak „Cleveland State Of Mind”, to już sampel z „Under The Bridge” RedHotów ożeniony z r’n’b wokalizami czyni „Leave Me Alone” dość czerstwą rzeczą. Poza tym brakuje trochę jakiegoś wyróżniającego się hitu, który pociągnąłby całość. Dlatego 0,5 w ocenie końcowej trochę na wyrost. Jednak jako że trapowy nurt dość mocno obniżył poprzeczkę dla sceny rapowej, warto doceniać raperów wyłamujących się z tych schematów.
najlepszy moment: A MILLION AND ONE ANSWERS
ocena: 7,5/10