rageman.pl
Muzyka

311 – 311

rok wydania: 1995

wydawca: Capricorn

 

to co, laczymy dalej rocka z hiphopem?

z 311 nie ma takiego problemu, by nazywac ich numetalem. zaczynali zbyt wczesnie, podobnie ja np faith no more. poza tym znacznie wiecej w ich nucie funku czy przede wszystkim reggae. z tego tez powodu czesto porownywano ich do do red hot chili peppers, zreszta bywalo ta, ze 311 poprzedaly nieraz i niedwa wystepy papryczek. solidna „praca u podstaw” w postaci koncertowania gdzie tylko popadnie i czeste i geste wydawanie plyt zazwyczaj nie schodzacych ponizej przyzwoitego poziomu zaprocentowalo – w stanach 311 to gwiazda, posiadajaca nawet wlasny festiwal. a w europie cisza, nikt nic nie wie.

czego wciaz pojac nie moge. bo przeciez europa kocha czerwone papryczki, pamieta o bobie marley’u, a nawet i dziwnym trafem polubila kalifornijskie pop punkowe granie, z ktorym 311 w solidnej mierze dzieli wspolny target. choc moze i rzeczywiscie mozna uznac, ze 311 to juz jak na umiarkowany klimat europejski zbyt wiele. bo nie ma chyba drugiej tak pozytywnie nastrajajacej kapeli w rocku. aranzacyjnie jak najbardziej gitarowo, wrecz czadowo. w skladzie niby jest dj, ale tenze pan (Count SA) jest przede wszystkim utozsamiany z partiami rapowanymi (choc i tak strona wokalna 311 to przede wszystkim nick hexum, imho dysponujacy jedna z najfajniejszych barw glosu w alternatywnym rocku). a jednak wibracje calosci sa wybitnie regalowe. nie tylko za sprawa tekstow, choc i tu roi sie od pokojow, optymizmow, jednosci (i trawy, heh). generalnie „az chce sie zyc”.

dzis omawiamy szosty juz album tego skladu. album, dzieki ktoremu przebili sie do mainstreamu i wciaz pozostaje ich najwiekszym dokonaniem artystycznym. czy tez artystycznym? ciezko jednomslnie orzec, na pewno jednak jest to moj ulubiony ich cedek. bedacy najepsza wizytowka ich stylu. najrowniejszy. a przy tym dysponujacy paroma obowiazkowymi pozycjami w ich repertuarze. otwierajacy calosc „down” – wciaz najwiekszy hit. byc moze przez to, ze chocby gestemu wykorzystaniu skreczy najblizej temu do raprocka. w podobnej, blizszej czadowi konwencji utrzymane sa „loco”, singlowy „don’t stay home” i moj absolutny faworyt „Hive”. bardziej lajtowe oblicze przedstawiaja singlowy „all mixed up” (gdyby nie „tradycyjniejszy” refren, to bylby stuporcentowy poprock) i stricte reggae’owy „Purpose” (odlot Toxic, co nie?).

najlepszy przyklad na to, jak mozna tworzyc zajebiscie pozytywny rock, nie popadajac w radiowy banal. dajcie im szanse, wreszcie.

 

najlepszy moment: HIVE

ocena: 8/10

Leave a Reply