Michael Jackson – Number Ones
rok wydania: 2003
wydawca: MJJ Music
prosze wybaczyc, ale cos czuje, ze znow mi wyjdzie kilometrowa notka. jesli to nikomu nie przeszkadza, to zapraszam do lektury. znow poswpominamy Krola Popu, o ktorym swiat wciaz nie moze zapomniec. i slusznie.
omawiamy tu dvd, na ktorym zebrano najpopularniejsze (ponoc) teledyski Jacko. o samych piosenkach, ktorym te teledyski towarzysza, raczej mowic nie bedziemy. kazdy ja zna, a wierze ze beda inne okazje by co nieco o nich skrobnac.
nie to aby muzyka Michaela bez teledyskow sie nie bronila, co to to absolutnie nie. rzecz w tym jednak, ze tych singlowych numerow zwyczajnie *nie da sie* nie kojarzyc z dolaczonymi do nich klipami. nawet jesli chodzi o sama muzyke to pretendentow do tytulu Krola by sie paru znalazlo, tak na polu wideoklipu Krol jest tylko jeden. spokojnie mozna powiedziec, ze to wlasnie Michael Jackson klip Wynalazl. i to on uczynil z niego forme sztuki. wlasnie tak. bo nie da mozna tych klipow rozkladac na czynniki pierwsze, analizowac ich osobno pod wzgledem tresci, przekazu, historycznego impaktu itd itp. byc moze za jakis czas nasze dzieci beda sie z nas smialy. „ojciec, no co ty, doznawales przy klipie gdzie typ zmienia sie w wilkolaka i zombie?”. i rzeczywiscie, chlodnym okiem oceniajac, moze taki zarzut byc niebezpodstawny. ale wtedy odpowiadamy: „drogie dziecko, ale czegos takiego wczesniej po prostu NIE BYLO”. oczywiscie mowimy o przypadku, kiedy nasze dziecko okaze sie slepe na bossostwo klipu jako takiego. mozna powiedziec oczywiscie, ze tam gdzie zajebistosc jest mniejsza, tam jacko nadrabia prekursorstwem. i odwrotnie. generalnie jednak cala videografia Jacko to jedna gigantyczna, zwlaszcza jesli chodzi o rozmach czasowy i budzetowy, prywatka, na ktorej kozactwo, wizjonerstwo, kicz i wazkosc tematyczna bawia sie w najlepsze. przy najlepszej muzyce, oczywiscie.
to co, moze jakies opiso-refleksje? 15 klipow uporzadkowana w kolejnosci chronologicznej, kolejne akapity dotyczyc beda wiec klipow z poszczegolnych albumow. zaczynamy od „doroslego” debiutu, „off the wall”. zarowno „don’t stop till you get enough” jak i „rock with you” to zaledwie zapowiedz Jacko Wlasciwego. oczywiscie tylko jesli mowa o klipach, bo muzycznie juz jest Genialnie. ale nie ma tu ani jakiejkolwiek fabuly czy specjalniejszych efektow, hm, specjalnych. a i pod wzgledem choreografii jakiegos specjalnego wypasu nie ma. estetycznie – gleboka era disco, z feeria kolorow spod znaku wszechmogacej disco kuli. ale to sa klipy, w ktore moznaby wpakowac i earth wind & fire, jak i abbe. to co wyroznia te klipy to sam Michael. niesamowicie oglada sie, zwlaszcza w kontekscie jego pozniejszej historii (ze smutnym finalem wlacznie), beztroske i szczescie emanujace z twarzy tego wlasciwie jeszcze chlopca. nawet jesli podpadac to juz moze pod symptom „glupi do sera”. a, w „rock with you” michalek ma zajebisty stroj.
kolejny album – „thriller”. THIS IS IT. to juz jest to. co klip to Legenda (podobnie zreszta jak same piosenki). na pierwszy ogien leci historia o Billie Jean, co to naszego Michaela biednego chciala wrobic w bachora. chlopak walczy jednak z natarczywa fanka dzielnie. w przykrotkich mokasynach, bialych skarpetkach i rozowej koszuli. highlight: spacer po nietypowym chodniku. pewnie nasze wspomniane dzieciaki juz nie zalapia sie na ogarniecie zajebistosci dzielacego sie ekranu. ich strata. ale juz w przypadku „Beat It” nie bede mial litosci dla wlasnych dzieci, jesli beda wybrzydzac. bo to ich ojca jeden z dwoch ulubionych klipow (i piosenek zarazem) Jacko. nie wiem czy jest tu wizjonerstwo jesli chodzi o sam klip (w samej muzyce jak najbardziej – EDDIE VAN HALEN, ziąąąa), ale konglomerat kiczu, naiwnosci przekazu i kozactwa jest zabojczy jak dla mnie. I mean, ZABOJCZY. za kazdym razem autentycznie czuje sie jakbym przezyl ciagnacy sie 5 minut orgazm. a juz motyw przerwania walki gangow przez Jacko i rozpoczecie tanca grozi dodatkowo zawalem serca. aha, TE STROJE. no i TEN TANIEC. zdecydowanie moj faworyt jesli chodzi o ten aspekt wizualnej tworczosci MJ. obiecalem sobie zreszta, ze przed koncem roku naucze sie tego tanca. idzie mi niezle, juz potrafie zrobic ten chod z jednoczesnym pstrykaniem palcami. reasumujac- jakby to powiedzial znajomy ziomal: PRZECHUJ. a zwazywszy na tematyke klipu, to znow powiem: kto nie doznaje tego klipu ten z policji.
ale to nie koniec wrazen jesli chodzi o „thrillera”. bo przeciez mamy jeszcze klip do utworu tytulowego. tu juz zdecydowanie mozna mowic o prekursorstwie. to jest fakt: nie bylo wczesniej blisko 15minutowych klipow muzycznych. nie mowiac juz o tym, by jakikolwiek byl wpuszczony do mtv na tak ciezka rotacje, jaka mial „thriller” wlasnie. fabula? jaka fabula? aha, no wlasnie tu takowa jest, przynajmniej teoretycznie. najpierw jacko przechadza sie wieczorem z jakas dupa (slaba, jak na rzekomo kroliczka playboya), ktora pozniej prosi (mehehehehehe) o chodzenie. niestety, typiara jest zbyt glupawa by ogarnac, o co chodzi michaelowi deklarujacemu, ze jest „inny”. i spotyka ja „solidna kurwa kara”, bo jacko zamienia sie w wilkolaka i zaczyna ja gonic. efektow poscigu nie poznamy bo, jak sie okazuje, to co dotychczas widzielismy to film, ktory w kinie oglada michael z jakas inna laska (znacznie lepsza). oboje na jej prosbe wychodza z kina i tez ida na spacera. bedzie male deja vu, bo ten michael tez okaze sie „inny”… a tak naprawde to w klipie chodzi po prostu michaela tanczacego z innymi zombiakami. bossostwo, znow.
jedziemy dalej. „bad”. solidna, piecioklipowa reprezentacja. wspolny mianownik wiekszosci z nich? michael stal sie skurczybykiem. podrywa, robi za gangstera, nosi sie w rockmanskich ciuchach i pokazuje klate. jest Gitem. zajebiscie przy tym wygladajacym. no co ja bede ukrywal – takiego jacko autentycznie pokochalem, bedac li pacholeciem. szczegolnie tego z klipu do kawalka tytulowego. babcia mi szyla podobny stroj przez pol roku. autentyk, moge pokazac zdjecia. i choc swego czasu lansowalem sie tu i owdzie jako dzieciecy imitator Jacko, wlasnie przy akompaniamencie „Bad”, to na tym albumie mam zdecydowanie wiekszych faworytow. w tym Drugi Moj Ulubiony Numer I Klip Zarazem – „Smooth criminal”. tu niestety poleci pierwsza (i niestety nie ostatnia) wrzuta w kierunku omawianego tu wydawnictwa. wersja klipu tu umieszczona jest kretynska. to film „Moonwalker” na takim przyspieszeniu, ze nie ma mozliwosci wylapania tu jakiegokolwiek sensu. nie mowiac juz o fabule czy bossowskich scenach. coz, moze przy okazji recenzji „Moonwalkera” wglebimy sie w temat. nastepny prosze. „The Way You Make Me Feel”. czyli dziewczyny, nie zapuszczajcie sie same w ciemne zaulki. bo tam was dopadnie bosko wygadajacy Jacko (z kumplami) i bedzie chcial was otumanic swym tancem. to spotkalo glowna bohaterke klipu (przyznaje, tez bym do kolezanki podbil, choc majace swe cameo LaToya tez wyglada niezle) i nie skonczylo sie to dla niej najlepiej. wyladowala w opiekunczym uscisku Jacko.
troche sie poprzedni akapit przygrubawy robil, wiec zacznijmy od nowego. „Dirty Diana”. ale mnie ten dzwiek poczatkowy przerazal! nie mowiac juz o finalnej scenie, kiedy Jacko otwier drzwi samochodu, by z przerazeniem dostrzec w srodku… no coz, teraz dotarlo ze po prostu to jakas natapirowana kukuryna (zapewne tytulowa brudna diana), ale za mlodu myslalem ze to conajmniej Diabel Wcielony. a w miedzyczasie ogladamy wystep Jacko. hajlajty: Jacko pokazuje klate, a na gitarze gra ojciec lidera Tokio Hotel. no i ostatni klip z „Bad” – „Man In The Mirror”. najbardziej nietpowy w tym towarzystwie. po pierwsze – nie widac tu w ogole Michaela. po drugie – wreszcie mamy naprawde Wazny Temat. i niewazne ze akurat tego numeru sam MJ nie napisal. interpretacja jest Jego, a to ona wnosi ta piosenke na najwyzszy level. juz sama muzyka kruszy me biszkoptowe serce, a klip tylko mu to ulatwia. zlo, glod, wojny, bomby, hitler, ale tez Matka Teresa, Ghandi, M.L. king, Bob Geldof… no i lech walesa. btw nie zastanawialo was nigdy, dlaczego w tym towarzystwie nie pokazano tez JP2? nie aby urazalo to moj patriotyzm czy wiare, ale intrygowalo mnie to pominiecie zawsze.
nic to, przeskakujemy pare lat pozniej. niespodzianka: z „Dangerous” mamy tylko pierwszy klip promujacy ten album. o moich refleksjach z tym zwiazanych pozniej, skupmy sie na „Black or white”. uwielbialem ten poczatek, chcialem zawsze tak postapic z ojcem jak maculay culkin w tym klipie. nie aby ojciec mi zabranial sluchac muzyki. bardziej chodzilo o wykorzystanie mocy sprzetu, jaki mielismy w domu. choc na szczescie w pore przychodzilo zwatpienie, czy aby na pewno nie skonczy sie to u taty zwyczajna gluchota zamiast przetransportowaniem do afryki. anyway, klip wyjebany (ktory to juz raz?). tance z indianami, rosja, przechodzenie przez plomienie… klasyk, kurcze no.
przechodzimy do „HIStory”. to juz niestety konczy sie rumakowanie. z historycznego punktu widzenia na pewno klip do „You Are Not Alone” jest wazny. tu sie pojawia przeciez jego pierwsza i ostatnia zarazem malzonka, lisa marie presley. ale to wlasciwie jest jedyny moment godny odnotowania. reszta to straszny kicz. spiewy w jakims amfiteatrze, komputerowo wygenerowane krajobrazy, a jacko zaczyna na dodatek wygladac niefajnie… pomijam piosenke, rowniez prawie pukajaca w dno od spodu. predzej zabronilbym jacksonowi zblizania sie do r.kelly’ego niz do dzieci. troche lepiej jest z drugim klipem z tej obecnym, obecnym na „Number Ones”. sa tacy, ktorzy uwazaja „earth song” za kolejne wybitne osiagniecie Michaela. ja do nich nie naleze, choc wrogiem tego utworu tez nie jestem. na pewno robi wrazenie, choc natezenie patosu podpada pod dyskwalifikacje. dokladnie to samo zreszta mozna powiedziec o proekologicznym teledysku.
kolejne dwa wydawnictwa Jacko: „Blood On The Dancefloor” i „Invincible”, maja tutaj po jednym reprezentancie. tytulowy track pierwszego to powrot do formy z „Dangerous”. chociaz tylko muzycznie (inna sprawa, ze to piosenka pamietajaca jeszcze czasy tamtej plyty), bo klip to jednak bzdet o niczym. natomiast „You rock my world” to nawiazanie do najlepszych tradycji. dluzsza forma, fabula, konkretny uklad choreograficzny i kolektych moich ulubionych aktorow: Marlon Brandon, Michael Madsen i Chris Tucker. wszystko fajnie, tyle ze… to wszystko juz bylo. i to w lepszym wydaniu. nie mowiac juz o tym, ze dziwnie sie oglada Michaela praktycznie bez nosa. przyznam szczerze, ze ten klip objawil sie swiatu w momencie, kiedy dryfowalem z mym gustem muzycznym po zupelnie innych wodach niz Ocean Popu, przez co wlasciwie dzis pierwszy raz obejrzalem ten klip. i wlasciwie nie zaluje tak poznego nadrobienia zaleglosci.
niemniej jednak, zdecydowana wiekszosc zebranych tu dziel to dziesiatkowe rejony, dzieki czemu calosci tego zbioru wystawilbym podobna ocene. niestety, nie moge. bo od strony edytorskiej jest slabo. zacznijmy od biednego bo nie zawierajacego zadnego info bookleta. nie wymagam kilkustronicowych opowiadan, ale fajnie byloby odnotowac chocby nazwiska tworcow tych klipow. zwlaszcza ze chyba takimi tworcami jak Scorsese („Bad”) czy Landis („Thriller”) warto sie pochwalic. dalej: szkoda ze nie umieszczono „pelnoprawnych” wersji klipow. o „Smooth criminal” wspominalem. milo ze „Thriller” jest w calosci, ale dlaczego podobnie nie postapiono z „Bad”? (przypominam: Scorsese) szkoda ze z „Black or white” wycieto kontrowersyjna koncowce z jacko-pantera w roli glownej. ponoc „you rock my world” tez mial dluzsza wersje… zupelnie natomiast nie rozumiem pominiecia niektorych klipow. gdzie teledyski z „Dangerous”? gdzie egipski „Remember the time” z eddiem murphy’m? gdzie „Jam” z michaelem jordanem? gdzie „Scream” z sexowna tak ze jacieniemoge janet jackson? nie uwierze, by ktos o zdrowych zmyslach uznal „blood on the dance floor” za wiekszy hit. nie mowiac juz o samej jakosci klipow. nie cierpie takich wybrakowanych wydawnictw. jak nie starczylo miejsca, to trzeba bylo dorzucic drugie dvd. przeciez mowimy o JACKO, kuerwa mac.
tyle wspominek. KUPOWAC. mimo wszystko. chyba ze macie youtube podlaczone do telewizora.
najlepszy moment: BEAT IT
ocena: 9/10