rageman.pl
Muzyka

Michael Jackson – Live In Bucharest: The Dangerous Tour

rok wydania: 2005

wydawca: MJJ Music

 

Rumunom to sie poszczescilo. jedyne oficjalne dvd koncertowe Krol Popu zarejestrowal wlasnie u nich.

chociaz sprawa ma sie troche bardziej skomplikowaniej. otoz jest to material doskonale znany, gdyz pokazywany byl na poczatku ubieglej dekady w rozmaitych telewizjach. nie wiem czy rowniez w polskiej, niemniej pamietam ze mialem ten koncert nagrany na vhs’ie. dzis juz oczywiscie zajechanym na smierc.

Buhareszt to byl tylko jeden z licznych przystankow na trasie promujacej Dangerous, ale to wlasnie ten wystep Jacko postanowil pokazac swiatu. i dobrze. bo oczywiscie mozna zalowac, ze nie jest to wystep z pozniejszej trasy dotyczacej „HIStory”, podczas ktorej wystapil takze w Polsce (wrzesien ’96, Bemowo, Warszawa – PAMIETAMY). dzieki czemu, sie nie chwalac, moglbym traktowac material jako erzac tego, co przezylem 13 lat temu wrzesniowego wiieczora. ale plusy sa znacznie wieksze. przede wszystkim – mamy tu material zebrany z najzajebistszych plyty Jacko, bo takie tylko do tego czasu wydawal (tak, „Dangerous” tez uwzgledniam). sam singlowy, hitowy material, a i tak sporo klasykow zabraklo. zamiast tego otrzymujemy medley Jackson 5. no, tez zajebiscie. inna sprawa, ze w wielu przypadach wykonanie (a wlasciwie – performens tym wykonaniu towarzyszacy) jest taki sam jak na trasie „HIStory”. wiec jednak jest namiastka.

info umieszczone na plycie glosi, ze aby prawdziwie doznac Michaela i jego artyzm, trza zobaczyc jego koncert. i rzeczywiscie – tak jest. bo tu nie chodzi nawet o same instrumentalno – wokalne wykonania. o improwizacjach nie ma mowy, modyfikacji w stosunku do oryginalow niewiele, a i playback odzywa sie tu i owdzie (co ciekawe, przede wszystkim w piosenkach z „Dangerous”). nie nie nie, nie w tym rzecz. chodzi o SHOW. spektakl. wizualna uczte. a tutaj Jacko rzeczywiscie osiaga Absolut. taniec z truposzczakami w „Thriller”. wyciagnik w „Beat it”. Moonwalk w „Billie Jean”. gangsterskie porachunki z grawitacja w „Smooth Criminal”. czy grande finale w postaci kosmonauckiego odlotu w „Man In The Mirror”. by wymienic te najwazniejsze elementy. pewnie, momentami razi kiczem – vide aniol bioracy Jacko pod swe skrzydla w „Will You Be There”. ale taki on juz byl. kupujemy koncept w calosci albo w ogole. ale jest tez drugi argument za sensownoscia takich poczynan… tutaj na przyklad tego nie widac, ale pamietam doskonale momemnty z Bemowa, kiedy ludzie przy takich songach jak „Heal The World” czy „Will You Be There” naprawde chwytali sie za rece, plakali jak bobry, osiagali nirwane. hippisowskie klimaty w krainie pop, powaznie. nawet patrzac teraz, kiedy, wcale kurwa nie przesadzajac, CALY SWIAT rozpamietuje wciaz Jacko i jego tworczosc, jego zaslugi, kiedy kazdy przesciguje sie w wyznaniach, ile muzyka Jacko dla niego znaczyla… ej, mysle sobie, ze jednak cel uswieca srodki. i te aniolki na scenach, kule ziemskie, dzieciaczki kazdej narodowosci i rasy, nawet te, owszem – przeginajace, chrystusowe pozy… tak se mysle, ze to jednak mialo sens.

mysle tez, ze niespecjalnie rozsadny jest motyw z „She’s out of my life”, kiedy na scene wprowadzana jest wybrana fanka. pozwala sie jej na uscisk, po czym ochrona sila ja odrywa od MJ. okej, Bono na koncertach U2 robi podobnie. ale nie trzeba chyba wyjasniac roznic miedzy fan(k)ami U2 a Michaela Jacksona. i tu wlasnie pojawia sie okazja, by omowic jakze wazny aspekt kazdego koncertu, nawet tego ogladanego w tv cz na dvd. publika, interakcja. krotko: MASAKRA. smiem twierdzic, ze czegos takiego swiat nie widzial od czasu the beatles i rolling stones. powiedziec, ze te dziewczyny (kolesie zreszta tez) DOZNAJA, byloby ostro przegietym eufemizmem. mysle, ze wiecej roboty od jacko i jego ekipy towarzyszacej miala ochrona i sanitariusze. dziwnie niesamowicie wyglada to zwlaszcza w kontekscie „Man in the mirror” – tez obrazki jak z wojny jakiejs…

sporo tytulow piosenek juz padlo, tak wiec nie ma sensu poswiecac grubszych rozmiarow akapit na omowienie setlisty. przewaza material z „Thriller”: obowiazkowy numer tytulowy (jak ja SRALEM ze strachu, kiedy za dzieciaka ogladalem Jacko chowanego do trumny), „Beat It” i „Billie Jean”, ale tez „Wanna be startin’ something” i sliczny „Human Nature” (niestety tutaj akurat przydalby sie playback, bo Jacko ten numer zwyczajnie wysapal). swietnie zaczyna sie calosc „Jam”em, moim ulubionym reprezentantem „Dangerous”. dziwi brak przebojow z „Off The Wall”, choc „Working day and night” stanowi jedyny tutaj wlasciwie, swietny popis instrumentalny. swietny medley hitow Jackson 5 z Genialnym „I Want you back” i kruszacym serce „I’ll be there”. najfajniej chyba wypada zamykajacy stawke „Man In The Mirror”. absolutnie cudny numer swoja droga. ale ten motyw z kosmonauta to juz jakies nieogarnialne szalenstwo. JAK ONI TO ZROBILI? lista plac: David Copperfield. aha, i wszystko jasne.

naprawde wspolczuje przyszlym pokoleniom. drugiego takiego show swiat juz nie zobaczy. brak oceny idealnej tylko z powodu nieracjonalnego poczucia bycia obiektywnym. no i z zasady, ze na koncertach trzeba byc, a nie ogladac na ekranie.

 

najlepszy moment: MAN IN THE MIRROR

ocena: 9,5/10

Leave a Reply