Nirvana – Mtv Unplugged In New York
rok wydania: 1994
wydawca: DGC
coz, ludzie maja w zyciu rozne problemy. mysle zem nie gorszy i tez pare by sie uzbieralo. jesli jednak nie zajmuje sie faktycznymi problemami, to wymyslam sobie jakies. np dzis, w ramach tworzenia notek o Nirvanie, dopadla mnie rozkmina: ktora plyta trio z seattle jest najlepsza? „Nevermind” czy jednak „In Utero”? a moze „Bleach”? jak wiadomo nie od dzis, gdzie dwoch (trzech) sie bije, tam trzeci (czwarty) korzysta – zwyciezca pojedynku obwoluje „Mtv Unplugged”.
pewnie, tu tez na korzysc wydawnictwa dziala kontekst historyczny. pierwsze posmiertne wydawnictwo, wystep zarejestrowany pol roku przed smiercia Cobaina, klimat dolujacy, wrecz pogrzebowy… ale bez przesady. owszem, nie bylo dobrze z panem Cobainem, juz byl solidnie rozsmakowany w heroinie. ale tez nie bylo tak, ze byl juz jedna noga w grobie jak Layne Staley podczas bezpradowego wystepu Alice In Chains. no naprawde, ten album nie potrzebuje takiego kontekstu.
ja wiem, glupio wyrozniac album, na ktorym zabraklo tego, z czego Nirvana slynela. czyli punkowo-noisowego brzmienia, w ktore opakowane byly genialne melodie. tu zostaly tylko te melodie. tylko? dla mnie wlasnie te melodie sa w tym zespole najwazniejsze. a ow slynne brzmienie momentami (vide „In Utero”) wrecz przeszkadzalo ten kapitalny songwriting dostrzec. tutaj nic nie stoi juz na przeszkodzie. bierzcie i doznawajcie przy tym wszyscy. jesli jakas plyta mialaby stanowic najlepsze potwierdzenie tego, ze Cobain wielkim tworca byl, to obstawialbym wlasnie „Mtv Unplugged”. nawet jesli polowa utworow tutaj zebranych nie jest jego autorstwa.
no bo wlasnie – na 14 utworow az 6 to covery. ale omowmy najpierw nirvanowe kawalki. jesli chodzi o ich dobor – dla mnie mistrzostwo. swoiste best of. narzekalem przy „In Utero” o zbedne przybrudzenie kawalkow typu „dumb”, „pennyroyal tea” i „all apologies”. no i prosze – sa tu wszystkie trzy. wykonanie kazdego potwierdza, ze rzeczywiscie mozna bylo zagrac (i nagrac) lepiej. jest spora reprezentacja „Nevermind”, ale z przebojow tylko „Come As You Are”. co uwazam nie tyle za fajne, co wrecz rozsadne posuniecie – jakos slabo wyobrazam sobie odegrany akustycznie „Smells Like Teen Spirit”. zamiast tego sa tu dwa najfajniejsze momenty wyciszenia z tamtej plyty – „Polly” i „Something In The Way”. w szczegolnosci ten drugi zyskal tutaj na witalnosci, stanowiac juz piosenke pelna geba, a nie tylko „post orgasmic chill” po czadach z „Nevermindu”… najwieksza rewelacje stanowi jednak „About A Girl”, rarytas prosto z debiutu. co tu duzo mowic – wykapany The Beatles poczatkowego okresu, brakuje tylko harmonii wokalnych. jesli Lennon i spolka pogardziliby takim trackiem, to po raczkach calowalby za niego Oasis.
jesli chodzi o cudzesy, to raczej tez pelne zaskoczenie. ilosc swoja droga, ale dobor tez raczej nietypowy. przynajmniej w kontekscie chocby takiego korna przerabiajacego „Creep” Radiohead. nie chodzi tyle o odleglosc stylistyczna, co kompletny brak (teoretycznie) komercyjnego czynnika w tych piosenkach. anplagdowi wykonawcy, zwlaszcza ci zaliczani do muzyki mlodziezowej, zazwyczaj odswiezaja zapomniane hity. a tu taka nirvana bierze jakiegos bluesiora („where did you sleep last night”) albo numer zespolu znanego tylko im samym („jesus doesn’t want me for a sunbeam”). wybor davida bowiego jako „obiekt przerobki” moze nie wydaje sie tak kontrowersyjny, ale juz konkretnej jego piosenki („the man who sold the world”) zdecydowanie bardziej. a juz totalnym przegieciem byla realizacja zalozenia koncertow „mtv unplugged” o obowiazkowym wrecz zaproszeniu gosci poprzez wpuszczenie na scene czlonkow Meat Puppets. mogl byc Vedder jakis czy chocby Neil Young, a oni tu jakis indie dziadkow zaprosili… i w kazdym z tych przypadkow potwierdzili nie tylko swa erudycje, ale i kapitalne wyczucie. bo nie dosc ze same te piosenki to genialne melodie (z moimi faworytami „Plateau” i „Lake Of Fire” na czele), ale tez wrecz podejrzanie spojnie brzmia z autorskim repertuarem Cobaina. nie dziwota, ze Bowie do dzisiaj spotyka sie z gratulacjami mlodszych fanow za przerabianie na koncertach piosenki Nirvany…
a sam wykon? wlasciwie to moznaby mowic o totalnym minimalizmie. bo druga gitara (Pat Smear) to ekstrawagancja nie jest, a wiolonczela to nieobcy instrument w tworczosci Nirvany. zas akordeon czy wyjatkowe elektryczne wzmocenienie gitary w coverze bowiego to raczej tzw „smaczki”, nie wplywajace na odbior calosci. a ten jest taki, ze sluchamy prawdziwie „stripped down” wersji piosenek. powiedziec ze jest kameralnie czy intymnie byloby eufemizmem – wlazimy pod sama koldre, do toalety, gdzie akurat cobain przygrywa sobie na gitarze. niby nie ma grobowej atmosfery, cos tam mimowolnie zdarza sie cobainowi smiesznego powiedziec. przez wiekszosc czasu jest jednak tak, nazijmy to, emocjonalnie wyczerpujaco, ze w sumie dobrze ze to tylko sama muzyka, bez wizualizacji.
poslugujac sie zastosowana wczesniej analogia z the beatles – niby to „tylko” koncertowka. ale jak dla mnie ten abum to juz poziom jesli nie „Revolver” czy „Sierzanta Pieprza”, to na pewno „Rubber Soul”.
najlepszy moment: PENNYROYAL TEA
ocena: 9,5/10