Aerosmith – Big Ones
rok wydania: 1994
wydawca: Geffen
smutna wiadomosc: zmarl Les Paul. ten co stworzyl fundamentalna dla rocka gitare gibson les paul. no wiecie, „bialy dzipsoooon, tylko ciebie chceeeee”. innymi slowy, owszem, przyczynil sie do rozwoju rocka, ale tez w bardzo mocnym stopniu tego skrajnie wiesniackiego, gloryfikujacego oprocz dzipsona takze skory, harleje i bandany. zajmijmy sie wiec dzisiaj takim rockiem i uzytkownikami tychze gitar. np taki joe perry, z aerosmith.
ehehehe, okej, musze przyznac szczerze: aerosmith to jedna z wiekszych moich slabosci. ten zespol, zwlaszcza w warstwie wizualnej, jest chodzaca definicja Wiesniackiego Rocka. dziwne fatalaszki, dlugie hery, szmatki na statywie wokalisty. no i piosenki, gdzie bluesowe gitary sasiaduja bez obciachu z hardrockowymi solowkami, pianinem od eltona johna i deciakami. hm, moze na papierze nie wyglada to tak zle, a na dodatek od tego opisu rzut beretem do syntezy stylu Queen. no ale, znacie przeciez sami Aerosmith zapewne i wiecie jak jest. dodac do tego czestotliwosc, z jaka ich klipy (chociaz, ej, alicia silverstone) byly prezentowane na mtv i juz mamy naprawde solidny argument ku temu, by tego zespolu nie cierpiec.
a jednak… chociaz calej ich dyskografii ogarnac nie moge i nie mam zamiaru dalej probowac, to skladach grejtest hitsow mozna wchlonac z przyjemnoscia. byc moze dlatego ze dla mnie to przede wszystkim singlowy zespol. moze stylistycznie prezentuja sie jako brakujace ogniwo miedzy (nie strzelac) led zeppelin a guns n’ roses, ale ideologicznie to chyba blizej im do backstreet boys. wiem, dzielenie muzyki na rock i pop jest mega czerstwym zajeciem i sam sie odcinam od tego, tym bardziej ze takie rozumowania automatycznie pociaga za soba dyskredytowanie ktorejs opcji (przewaznie mozna zauwazyc takie objawy u rokmenow). ale nie da sie nie zauwazyc, ze to w szeroko pojmowanej muzyce popowej popularniejsze jest posilkowanie sie przez wykonawcow talentem wynajetych songwriterow, podczas gdy wyrazenie „rockowe kompozycje” kojarza sie z dlubaniem nad numerami w pocie czola podczas proby w przyslowiowym garazu. aerosmith bez skrepowania korzystali z uslug ludzi typu desmond child czy jim vallance (kolo od bryana adamsa), szczegolnie w czasie wielkiego comebacku, ktory przypadl na koniec lat 80tych (okej, gwoli sprawiedliwosci – ow „obcy” kompozytorzy byli tylko wspolautorami piosenek aerosmith, w creditsach kazdego kawalka pojawia sie nazwisko tyler’a badz perry’ego). tylko ze, jak to sie mowi – cel uswieca srodki. i skoro numer jest zwyczajnie dobry, to bedziemy sie zastanawiac czy aby autor na pewno gra w wykonujacym go zespole? raczej nie baudzo.
dowodem na slusznosc tezy o aerosmith jako singlowym zespole moze byc tez to, ze chlopaki dorobili sie juz z okolo pieciu takich grejtest hitsow, jesli nie wiecej. „big ones” charakteryzuje sie tym, ze skupia sie tylko na okresie wspolpracy aerokowala z wytwornia geffen. czyli mamy tu kawalki z plyt „permanent vacation”, „pump” i „get a grip” plus 3 nowosci. a byl to calkiem sympatyczny okres w okresie zespolu. moze pomijajacy poprzednie dwie dekady dzialalnosci zespolu (w ktorym poza „dream on” nic wiecej tak szczerze mowiac nie zwrocilo mojej uwagi, bo jak wiadomo – „walk this way’ liczy sie tylko z run dmc), ale za to nie uwzgledniajacy koszmarkow typu „i don’t want to miss a thing’ i wszystkiego co pozniej nastapilo. i chociaz jest tu troche kawalkow, na ktore reaguje alergicznie (z mtv-wiazanka „cryin'”-„crazy”-„amazing” na czele), to przy wiekszosci wychodzi na jaw moja prawidziwa natura. natura wiesniaka. bo robia mnie niektore te numery niemozebnie. i nic nie jestem w stanie na to poradzic. i przykro mi, bo wiem, ze z logicznego punktu widzenia te kawalki sa, eufemizmem ogromnym rzecz ujmujac, malo wymagajace. mozart wzruszylby ramionami, a brian wilson pewnie nawet nie chce o nich slyszec, nie mowiac juz o ich faktycznym sluchaniu. no ale co zrobie, no. taki „dude (looks like a lady)”. rzecz kozacka rownie jak sam tytul. to co wczesniej definiowalismy jako glowne skladowe wioskowatosci aerosmith tutaj stanowia glowna potege kawalka. uwielbiam ten dialog deciakow z bluesrockowym wlasciwie riffem. i ogolnie – robota gitarowa calosci. az chce sie wziac w lape rakiete tenisowa i pocwiczyc przed lustrem etos rockmana. drive calosci? ktos powie „pop(owe gowno)”, and i say „wlasnie ze nie, bo rolling stonesowy luz”. no i steven tyler, nieslubne dziecko jimmy’ego page i micka jaggera. to wlasnie za wokal w takich kawalkach mozna go lubic czy nawet uwielbiac, a nie za smety z „armageddona”. na przeciwleglym biegunie zas tkwi „angel”. rockowa ballada jak w morde strzelil i dalej sponiewieral, ale jak mnie robiiiiiiii. no przeciez ta gitara perry’ego na poczatku, ejzeeeee. i refren w wykonaniu tylera. dzieki tym pieciu minutom obaj panowie wznosza sie na wyzyny rockowej monumentalnosci, gdzie przybijaja piatki may’owi i mercury’emu. a przeciez kazdy kogo chocby w najmniejszym stopniu nie rusza queen musi miec cos z pieprzonego snoba, nieprawdaz?
dwa hajlatjy za nami, ale warto wspomniec o innych kawalkach, bo zasluguja. „love in an elevator”. bardziej „dude” niz „angel”. solidny beat na razdwarazdwa w zwrotkach, na ktorym beztrosko pasa sie wiesniacki zaspiew „wow yeah” i jazda w refrenie (a raczej zjazd w dol, jak to w windach, „no bo „gdzie ma jechac? w booooook?”). „eat the rich” – uzywanie terminu „popowa przebojowosc” w pejoratywnym tych slow znaczneiu byloby czepialstwem, wrecz przesada. naprawde numer moglby sie znalezc w repertuarze led zep i nie odstawalby zanadto (choc wyrozniac sie to tez raczej nie mialby szans). „Living on the edge” i „Jamie’s got a gun” – tez niczego sobie tracki, tak aranzacyjnie jak i melodyjnie, a przy okazji nieglupie teksty. dylan czy lennon to ewidentnie nie jest, ale jon bon jovi by takich nie popelnil raczej. no i jeszcze trzy nowe tracki, z czego najkorzystniej w mej skromnej w chuj ocenie wypada „walk on water”. harmonijka ustna i refren majacy cos z klimatu lat 60tych. calkiem niezly powod ku temu, by do lancucha pokarmowego led zep-aerosmith-guns’n’roses dorzucic jeszcze the rolling stones.
no jak widzicie, pare numerow aerosmith wyszlo. „pare” wiecej niz bon jovi. nie mowiac juz o calej rzeszy pudelmetalowcow, ktorzy tak naprawde zadnych przebojow nie mieli (znacie jakies?). moze aerosmith w jakims stopniu zainspirowali tych szansonistow, ale ich samych zaliczac do tej grupy byloby przesada. ale tez z drugiej strony – jakos nigdy nie bylem i juz nie bede w stanie pomyslec o aerosmith jako o istotnym zespole. ot, jednak „guilty pleasure”.
najlepszy moment: ANGEL
ocena: 7/10