rageman.pl
Muzyka

Waglewski Fisz Emade – Męska Muzyka

meska-muzyka-waglewscyrok wydania: 2008

wydawca: Agora

 

wracamy po tygodniowej przerwie, spowodowanej okolicznosciami „niezaleznymi od organizatora”. ale nadrobimy zaleglosci, obiecuje, wiec szykujcie sie. na razie rowniez zapowiadane omowienie projektu Waglewskich w wersji studyjnej.

o kontekscie historycznym i zwiazanym z nim dywagacjach pt „czy mozna mowic o wspieraniu sie slawnym ojcem czy raczej slawnymi synami” bylo juz w ramach omowienia dvd, wiec oszczedzimy sobie te bezcelowe rozkminy. przejdzmy do sedna.

choc nie, podejdziemy jednak do tematu od okolomuzycznej strony. Agora, jak to Agora, pogrywa sobie z VATem wydajac album w formie ksiazki. co troche mnie jednak niesmaczy, ale ma swoje dobre strony. bo np to co znalazlo sie w ekhm „ksiazce” dolaczonej do tego albumu jest ciekawe. mowimy o wywiadach przeprowadzonych przez Roberta Sankowskiego z glownymi sprawcami zamieszania. zaintrygowalo mnie zwlaszcza porownanie tej rodzinnej kooperacji z The Good, The Bad & The Queen, jakie padlo z ust Wagla seniora. porownanie moim zdaniem nie tyle przesadzone, co ryzykowne. ryzykowne, poniewaz mi (i chyba nie tylko mi) tamten projekt kojarzy sie z rozczarowaniem. spodziewano sie genialnego dziela, a bylo tylko przyzwoicie. jak to w 99% przypadkach supergrup, zreszta.

a dlaczego przesadzone? z paru powodow. po pierwsze – z cala sympatia dla calej familii Waglewskich, a zwlaszcza dla tych zebranych na tej plycie, ale tylko Wojtek Waglewski, w skali lokalnej, mozna uznac za Legende na miare Allena, Simonona czy nawet Albarna. po drugie – w przypadku „The Good…” mozna bylo mowic o zaskakujacym zestawie personalnym. w tym kontekscie „Meska Muzyka” nie miala wrecz prawa nikogo zaskoczyc. zwlaszcza ze tworczosci mlodych Wagli coraz blizej bylo do tego, co robi ich ojciec.

no i wlasnie, po trzecie i najwazniejsze – Muzyka. wkladu mlodszego pokolenia Waglewskich w ten album nie da sie przecenic, ale gdyby firmowano calosc tylko osoba Wojtka Waglewskiego to niewiele by rozminieto sie z prawda. okej, z prostego polaczenia jazzrockowego grania pana Wojtka i hiphopowych klimatow Fisza i Emade mogloby powstac cos malo sympatycznego, nienaturalnego i moze nawet lekko odpychajacego. ale tez trudno powiedziec, by powstala nowa jakosc. to po prostu Wojciech Waglewski w spokojniejszym wydaniu. w swym tradycyjnym stylu, na tyle dobrym i oryginalnym, ze nie potrzebujacym odwolan do zagranicznych kolegow po fachu. no i przede wszystkim – (znow) genialnie wyprodukowany i zaaranzowany przez Emade. kolejne rozplywanie sie nad talentem tego typa  mogloby byc juz nudne i tracic lizodupstwem („Ej, Bartek, wspomnisz o mym blogu na nastepnej plycie?” hahaha). ale posluchajcie, ile dzieje sie w tle w tych teoretycznie prostych, akustycznych numerach. ile tu „smaczkow”, by wymienic paletajace sie tu i owdzie solowki, jakich by nie powstydzil sie niejaki Fripp. ile tu klimatow muzycznych – od punkowo-garazowych jazd („Sport”), przez korzennie rock’n’rollowe (rockabilly?) bujanie („Badminton”), na psychodelii „Wakacji” i bluesiorach konczac (okej, wszystkie piosenki sa autorstwa pana Wojciecha, ale to Piotrek popelnil z nich tak stylowe rzeczy). niemal zerowa ingerecja komputera (no dobra, w „Dwa po dwa” wybija sie na pierwszy plan sztuczny bicior), czysto analogowa zabawa. a to wszystko od typa, ktory kolaborowal z Wlodim czy WWO, ejjj. przyznam ze pomimo szacunku dla pana Wojciecha nigdy naboznego stosunku do jego tworczosci nie mialem, w przeciwienstwie do koncertowych odlotow Voo Voo w improwizacje. dlatego smialo moge powiedziec, ze to chyba jedna z ulubionych, jesli nie ulubiona ma plyta tego pana. syn wydobyl z ojca wszystko co najlepsze.

a Fisz? jego wklad wydaje sie najmnniejszy. co nie znaczy, ze znikomy. moze na basie jakichs wyzyn nie osiaga, ale to tak na dobra sprawe wlasnie w spiewanych przez niego 6 numerach dzieja sie moje ulubione rzeczy. to on zaspiewal (wykrzyczal?) w tych najdynamiczniejszych, najbardziej rockowych piosenkach i robi to calkiem konkretnie. i to tez on ladnie wtapia sie wokalem w nastrojowe, wrecz „przykominkowe” dziela typu „Zimno” i „Wakacje”. typ, ktorego mianowano swego czasu polskim Mos Defem. tez w sumie niezle.

a najfajniejsze w tym wszystkim jest to, ze luz calosci jest wrecz obezwladniajacy. zerowy wspolczynnik spiny. czysta przyjemnosc z samego faktu tworzenia Muzyki. w takich okolicznosciach raczej malo powstalo plyt wybitnych (bo wiadomo, dziela genialne rodza sie w bolu, frustracji, morzu krwi i lez), ale tez nie ma szans powstac w nich bubel. czyli idealne siedem i pol.

 

najlepszy moment: WAKACJE

ocena: 7,5/10

Leave a Reply