Creamfields 2007
kto: The Prodigy, Vitalic i inni
No, a teraz ostatnia część wielkiej koncertowej sagi. Usiądźcie wygodnie i zaczytajcie się w relacji z festiwalu Creamfields 2007. A konkretnie: relacji z koncertu Prodigy.
Jedziemy na teren festiwalu. Niestety okazało się, że nie będzie to na poziomie organizacji Open’era. Zamiast podstawionych busów pod sam dworzec – dojazd tramwajem (bynajmniej nie specjalnym, podstawionym) na jakąś pętlę. A stamtąd dopiero podstawiony specjalny bus. Jazda busem 20 minut, choć niby festiwal miał być „8 km od dworca”. Jedziemy przez chyba największe zadupia pod Wrocławiem. A gdy już dojeżdżamy niby na miejsce, okazuje się, że trzeba jeszcze pokonać parę kilometrów piechotą, by dojść na fest. Specjalna wytyczona dróżka? Gdzie tam. Samowolka przez lasy i knieje, wyboista w chuj droga. Jeden koleś na pewnym odcinku stał i pokazywał, że trzeba skręcić w prawo, a nie w lewo. Organizacyjnie – full lipa, trzeba to powiedzieć. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że jacyś ludzie najzwyczajniej nie byli w stanie trafić. Dziwne, bo przecież Creamfields to nie polska marka. Podobno nawet sama polska edycja była w sporym stopniu organizowana przez obcokrajowców. Dlaczego więc efekt był tak bardzo polski? W tym miejscu naprawdę trzeba jeszcze raz docenić Open’era, gdzie pomyślano też i o niepełnosprawnych i ich możliwości dotarcia na festiwal.
No nic to. W końcu docieramy. Idziemy pozwiedzać. A było co. Bo przecież Creamfields to nie tylko główna scena i gwiazdy, ale także namioty z muzyką dla każdego. Od house’ów po drum en pejsy. Dla mnie osobiście tylko namiot z tą ostatnią muzą był wart uwagi. No ale kwestia gustu. Co ciekawe – frekwencja w tych namiotach wcale nie była mała. Ba, znaleźli się i tacy, poznani w międzyczasie, co specjalnie przyjechali „dla” tych namiotów.
Namiot z drum and bass i pochodnymi wyróżniał się nie tylko muzyką, ale też i ludźmi. Takimi, co to można w Trójmieście na Stoczni spotkać i Sfinksie. Bo niestety, ogólnie publika Creamfields to nie była specjalnie openerowa, że tak to eufemistycznie ujmę. Gdyby nie było zakazu wnoszenia gwizdów na fest, to byśmy słyszeli tylko ten „instrument”. Już w trakcie jazdy busami festiwalowicze dawali o sobie znać. Łyse karki i ultrainteligentne spojrzenie, taki też język. Przykro no, ale olejmy.
Oczywiście jak każdy fest, i tutaj musiał się znaleźć merchandise i gastrotereny. Bez takich bajerów jak stoisko X-boxów na Openerze, ale sporo atrakcji dla tych, co nie samymi koncertami żyją. Dosyć ciekawą rzeczą było stoisko z kolczykami, wisiorami i naszyjnikami, zupełnie niepowiązanych stylistyką z masową imprezą taneczną typu Creamfields. Jeszcze tylko zakup colki (na szczęście bez pierdół typu bony czy żetony) i idziemy na main stage. Kończy swój występ Luc, ominęły nas koncerty Fisza czy Husky, widzimy zaś w całości Vitalic. Niestety. Taneczne pierdzenie z ultraciekawym wizualnie show w postaci kolesia statycznie stojącego za konsoletą. Półtorej godziny męczarni i w końcu już tylko czekamy na 1.00 w nocy, kiedy to na scenę wyjdą ONIIIIII.
Po scenie krzątają się techniczni. Tak, będzie na co też popatrzeć. Niemal punktualnie gasną światła i wychodzą muzycy.
PRODIGY
Pośrodku, w centralnym punkcie sceny, konsoleta, za którą będzie stał (i na niej grał ofkors) mózg zespołu, Liam Howlett. Za nim, na szerokość całej sceny, wielka płachta z jakimś białym logotypem. Po lewej stronie – perkusja, po prawej stał zaś sobie (i raczej, jak już się ruszał, to podchodził do perkusji) gitarzysta. Swoją drogą, szkoda, że to już nie Jim Davies. Nowy guitarman też okej, acz za dużo nie brylował. Najwięcej w kwestii instrumentalnej miał jednak do powiedzenia Liam. Potężne brzmienie, ciekawe zmiany w samych numerach.
Masakrowało dźwiękiem już samo intro. W trakcie którego wyszli wokaliści… Maxim, z białym malunkiem na ryju i czarnym strojem. I Keith Flint, który jednak jakby był niewidoczny tego wieczoru, zarówno wizualnie, jak i wokalnie… ale o tym zaraz. Bo po intro wyskakują z „Wake the Fuck Up” – numerem niepublikowanym na żadnej regularnej płycie. Ale i tak już jest ścisk, pogo i ultragorąco. Choć temperatura wzrasta przy pierwszym z hitów. „Breathe”!!!! Aaaaaaaaaaaaaa, wreszcie!!!! Po tylu latach wreszcie dotarłem na koncert Prodigy i słyszę na żywo TEN numer. Masakra połączona niemal ze łzami. Osobliwy mix, ale tak jest.
Na szczęście jesteśmy dosyć blisko sceny, więc wokół sami fani, którzy tak samo przeżywają ten koncert. I na szczęście nie są to jakieś łyse karki.
Po „Breathe” przychodzi czas na oldskul – „Their Law” z „Music for the Jilted Generation”. Niby nie singel, ale akurat ten wybrany nieprzypadkowo – tak właśnie jak ten numer nazywa się składanka singli, która wciąż pozostaje ostatnim wydawnictwem zespołu i, jakby nie było, wciąż jest materiałem przez nich promowanym. Być może dlatego koncert to było takie swoiste greatest hits. No ale jedziemy dalej.
Bo oto jako następny numer – najlepszy numer z ostatniego, średniawego albumu „Always Outnumbered, Never Outgunned”. Maxim, wciąż zagadujący publikę i szalejący werbalnie, wykrzykuje, że „it’s time foooooooooor… SPITFIRE!!!!!!!!!!”. I pierdolnięcie!!! I ten delikatny wokal. MASAKRA!!!
„Back 2 Skool” i dalej apokalipsa dźwiękowo-taneczna. I fenomenalna nawijka Maxima.
Zresztą to właśnie Maxim był bohaterem wieczoru. Jak już wspomniałem, Keith, na którego liczyłem, troszkę jakby ospały, być może nie do końca w formie. A to właśnie on mi się kojarzył z terminem „wulkan energii”. Tak na dobrą sprawę mogliśmy go trochę więcej posłuchać w „jego” numerze „Firestarter”, kolejnym singlowym reprezentancie „Fat of the Land”, który zabrzmiał po „Back 2 Skool”. Maxim zaś pokazał, co to znaczy świetny koncert i zajebisty kontakt z publiką. Nie trzeba fajerwerków. Wystarczy entuzjazm. Maxim pokazał, jak bardzo ważny na koncercie jest ten kontakt. A przecież też mogliby gwiazdorzyć, bo nagrali jedną z najważniejszych płyt poprzedniej dekady (mowa oczywiście o FOTL), też dalej są porządną marką. Amerykanie z Red Hotów i Korna – prosimy się jak najszybciej zapisać na lekcje u Maxima i spółki. Temat zajęć: show i kontakt z publiką.
Po „Firestarter” przychodzi czas na zajawkę ostatniego studyjnego albumu – „Action Radar”. A po tym na coś jeszcze świeższego – „Warning” (dziwne – numer funkcjonuje też pod nazwą „First Warning”), być może zajawka nowego albumu (no chyba że spotka go taki los jak „Baby’s Got a Temper”). Nic rewelacyjnego, ale znośne. Ale już zaraz na pierwszy plan wychodzi gitarzysta i intonuje charakterystyczną zagrywkę gitarową… „Voodoo People”!!!!!!!! Szaleństwooooooooooooo!!!!!!!!!
Niesamowite, że przearanżowali ten numer tak, że momentami brzmiał niemal jak trip hop, a i tak energia rozsadzała głośniki. Po prostu, no kufa, no szok!!!
I schodzą ze sceny. Niecała godzina. Nieeeeeeee, wracajcie!
No i wracają. I znów Maxim zaczyna nawijać i brylować. „I got a poison, I got a remedy…”. Yeah, lecimy hiciorami z „MFTJG”. Publika szaleje. A Maxim dalej bryluje. Bo oto jako następny w kolejności jest „Diesel Power”, znów „FOTL”. „Blow ya mind!!”. Rozwala ten numer głowy. Ale czekaj czekaj, dzieciak. Bo oto to, na co chyba wszyscy czekali. „Smack My Bitch Up”!!! Wokalem zapodaje oczywiście Maxim. Szaleństwo publiczności. Chce się żyć dla takich chwil.
Po takim killerze spodziewałbym się końca. A tu nagle – totalne back 2 the root. Pierwsza płyta „Experience” i numer „Out of Space”!!!! Całe Creamfields śpiewa „refren”, by po chwili dać ponieść się tanecznej zagładzie. I koniec. Koniec jednego z moich naj koncertów.
Jak już powiedziałem – to było najlepsze show, jakie widziałem ostatnio. Tak właśnie powinno się grać koncerty. Chciałbym tak powiedzieć o RHCP czy o Kornie. A muszę powiedzieć o Prodigy. Choć jakimś strasznym bólem to to nie jest. Przecież przypuszczałem, że tak może być.
najlepszy moment: THE PRODIGY – VOODOO PEOPLE
ocena: 8,5/10
