rageman.pl
Muzyka

Nick Cave I Przyjaciele – W Moich Ramionach

nick-cave-przyjaciele-w-moich-ramionach-b-iext13478807rok wydania: 2006

reżyseria: Jerzy Bielunas

 

zmieniamy troche klimat.

nie ogarniam, jak jeszcze na tym blogu moglo nie byc o Nicku Cave. no ale okej, czesciowo to dzis nadrobimy. czesciowo, bo omowimy mocno nietypowe wydawnictwo w jego repertuarze. jesli mozna je zaliczyc do jego repertuaru, heh.

juz tlumacze w czym rzecz. otoz 10 lat temu, w ramach jubileuszowego, dwudziestego Przegladu Piosenki Aktorskiej we Wroclawiu, polscy artysci postanowili po swojemu zinterpretowac muzyke slynnego australijczyka. pamietam ze rzecz obczajalem w telewizji, siedzac jak na szpilkach, gdyz stosunkowo wczesnie sie zetknalem z ta postacia (okej, jak u kazdego mlodego czlowieka zaczelo sie od „Where the wild roses grow”, potem szybko jednak pojawilo sie „Gdy oslica ujrzala aniola” i nic nie bylo juz takie samo). 2 lata pozniej ukazala sie plyta CD, w 2006 roku polska firma Luna wydala koncert na dvd.

coz, chyba trzeba zaczac od tego, ze jest to rzecz przedziwaczna z zalozenia. tak jak absurdalnym gatunkiem wydaje sie byc „piosenka aktorska”. uh, znow mnie dreszcz obrzydzenia przeszedl. po prostu nie rozumiem, jak mozna laczyc aktorstwo z muzyka. okej, ktos zarzuci Peterem Gabrielem i Genesis. spoko. nie mam nic przeciwko aktorom nawroconych na muzyke (choc chyba nie konczylo sie to jakimis spektakularnymi sukcesami i latwiej wymienic mi muzykow z udanymi karierami w branzy filmowej). ale zeby robic z piosenki okazje do pokazywania umiejetnosci aktorskich? BEZSENSÓ. przeciez w muzyce chodzi o szczerosc, nie udawanie nikogo. czyli zupelnie inne srodki wyrazu niz w aktorstwie.

okej, zaakceptujmy jednak chociaz na te jedna chwile instytucje piosenki aktorskiej. mozna uznac, ze przerobienie na te konwencje dziel Cave’a bylo calkiem trafnym strzalem. no, na pewno lepszym niz przypadki Republiki czy Radiohead, bo i za te kapele sie we Wroclawiu zabierano. Cave lubi na potrzeby piosenek wcielac sie w inne postacie, wymyslac alternatywne swiaty. calkiem obrazowe zreszta, nie dziwota ze chlopak sie realizuje takze w prozie i filmie. reasumujac – okej, zalozenie koncertu da sie zaakceptowac, a nawet polubic.

no a jesli chodzi o efekt finalny… zacznijmy od aspektow pobocznych. o przekladach na jezyk polski tekstwo Cave’a wypowiadac sie nie chce. jak wiadomo, tlumaczenia dzielimy na piekne badz wierne. panstwo Kolakowscy (ktorzy takze tlumaczyli m.in. teksty Toma Waits’a na plyte Kazika) poszli w pierwszym kierunku. i slusznie. drugi aspekt: podobaja mi sie nowe aranzacje utworow. smiem uznac, ze sa one najciekawszym aspektem tego przedsiewziecia. sa odwazne. mocno nietypowe. w sporej mierze elektroniczne, choc odpowiadal za nie przeciez znany jazzmanom Mateusz Pospieszalski, a odgrywaja je takie osobistosci jak Wojciech Karolak, Karim Matusiewicz czy Emade. generalnie – sporo muzykow z kregow Voo Voo. na ironie zakrawa wiec fakt, ze z dvd wyrzucono fragment z Wojtkiem Waglewskim interpretujacym „Red Right Hand”.

program podzielono na dwie czesci. pierwsza spinaja swoista klamra dwa duety samego Nicka C. i Staszka Sojki. i oba naleza, w opinii nizej podpisanego, do najpiekniejszych fragmentow calosci. szczegolnie otwierajacy koncert „Into My Arms” (w „spisie tresci” wystepujacy takze jako „W Moich ramionach”). w aranzacji slyszalne jedynie piano Sojki, wokalnie panowie przerzucaja sie wersami. w „The Weeping Song” („Piesn o placzu”) dzwieki pianina wyparl orkiestralny wrecz sztafaz autorstwa Pospieszalskiego i spiew choru. wprowadzono tu takze ciekawy zabieg. kazdy z panow wykonuje tekst piosenki w swym ojczystym jezyku. i o ile w zwrotkach wykonuja kolejne wersy na przemian, tak refren spiewaja razem. wciaz w kazdym jezyku. efekt troche na granicy kakofonii, ale i tak robi wrazenie.

zreszta, duety sa mocna strona wydawnictwa. dwa najwieksze hity z „Morderczych Ballad” – „Henry Lee” i wspomniane „Where the wild…” (aka „Tam, gdzie rosna dzikie roze”) wykonuje Anna Maria Jopek z… Mackiem Malenczukiem. polaczenie intrygujace. takze wizualnie (zwlaszcza przy pierwszej piosence, wykonywanej przez MM w… klatce). a dodajmy, ze dzialo sie to wszystko w okresie Malenczuka „nienawidzacego Niemcow od dziecka”, na dlugo przed Idolami i Opolami. no, ale przeciez nie od dzis wiadomo, ze AMJ to konkretna babka, nieprawdaz?

no i pozostal nam drugi, czyniacy emocjonalny terror fragment. czyli Kazimierz Staszewski i „Mercy Seat”/”Krzeslo laski”. zacznijmy od tego, ze jest to zdecydowanie najlepsza aranzacyjnie robota Pospieszalskiego, godna moim zdaniem oryginalu. a jesli chodzi o Kazika… dostalo mu sie po tym koncercie sporo batow za poslugiwanie sie kartka podczas wystepu. moje zdanie w tej kwesti – I don’t give a fuck. bo raz, ze az tak tego nie widac. dwa, ze liczy sie interpretacja wokalna. a w tej kwestii lider Kultu imho zarzadzil i tyle.

no i wlasnie. dotychczas mowilismy jedynie o wykonaniach popelnionych przez artystow ze swiata muzyki. nieprzypadkowo. ten koncert to najlepszy dowod na to, ze dzielo jakiegos muzyka zinterpretuje najlepiej drugi muzyk. najchetniej nie wspominalbym o pozostalych wystepach. no dobra, odnotujmy: Agnieszka Matysiak wykonuje „The Carny” („Deszczowy klaun”), Kinga Preis „The Course Of Millhaven” („Przeklenstwo Millhaven”), a Mariusz Drezek „O’Malley’s Bar”. ja bardzo lubie Preis jako aktorke, naprawde. ale nie kupuje jej podejscia. w tworczosci Cave sporo jest groteski, ale w rozwaznej dawce. tu granica zostala przekroczona. natomiast o wykonaniu niejakiego Drezaka to juz inaczej jak o nierozumieniu tekstu inaczej sie mowic nie da. skip skip skip.

okej, czas wspomniec o drugiej czesci. czyli sam Cave, w towarzystwie fortepianu. Cave liryczny, w nastrojowym repertuarze obejmujacej m.in. znow „Into My Arms”, „Far From Me” czy „People ain’t no good”. klasa. a na koniec rarytas z czasow Birthday Party, czyli „Dead Joe”. rozbrajajaca struktura piosenki, Cave napieprzajacy w klawisze fortepianu, „Kasia Cichopek wychodzi z sali” (pozdro em c).

warto zobaczyc. chocby dlatego ze nieczesto zdarza sie zobaczyc na jednej scenie takiej klasy artyste z polskim wykonawca. ale generalnie mogl to byc o wiele lepszy event.

aha, w dodatkach tylko krociutki wywiad z Cave’m przeprowadzony przez Romana Rogowieckiego. pamietacie kolesia? „najlepsze plyty to skladanki”. silny konkuretn Roberta Leszczysnkeigo w kategorii „najsmieszniejszy polski dziennikarz muzyczny”

 

najlepszy moment: NICK CAVE & STANISŁAW SOJKA – INTO MY ARMS

ocena: 7,5/10