Adele – 19
wydawca: XL
dobra, czas znow powaznie pomowic o muzyce.
nie cierpie „X-Factora”. jeszcze ogladanie „Idola” zrzucam na karb mlodzienczej glupoty, ale dzis jak widze tych wszystkich Szpakow, Wojewodzkich itp to mi sie noz w kieszeni otwiera. niewiele wieksza estyma daze gwiazdy, ktore wyplynely na tych telewizyjnych formatach. ostatnimi czasy sa one prawdziwa zmora anglojezycznych rynkow i mozliwe, ze wkrotce w Polandii ta fabryka na dobre sie rozkreci.
ja wiem, ze Duffy, Lily Allen czy Little Boots to inna bajka, bo kariere rozkrecaly bez brania udzialu w telewizyjnych konkursach. mimo to kiedy slysze nowe propozycje zenskich rewelacji pop/soulu z Wysp Brytyjskich to trudno mi rozroznic, ktora otarla sie o X-Factor’a, a ktora nie. brytole nie znaja umiaru – ledwo co skonczyli produkowac masowo klony The Libertines, to juz zabrali sie za kolejne reinkarnacje wciaz zyjacej (stan na 30 maja, godz 23:35) AMy Winehouse.
i niby z Adele jest dokladnie tak samo. wiecej, z calej tej zenskiej zgrai wydaje sie ona najbardziej przystepna, tak wizerunkowo (jak tu nie polubic takiego paczusia?), jak i muzycznie. a jednak sklamalbym mowiac, ze nie slucha sie milo tej dziewuszki. nawet milej niz jej wspomnianych kolezanek po fachu.
akurat z wszystkich przebojaskow walkowanych przez polskie radio i atakujacych mnie od 8 do 16 (jeszcze jakis czas temu walczylem z tematem za sprawa mp3 playera i zestawu dousznego, ale regularne bole glowy kazaly mi zrewidowac swe podejscie i sie poddac) „Rolling In The Deep” sprawia najlepsze wrazenie. wiecej, po chyba milionowym odsluchu wciaz nie prowokuje do odruchow wymiotnych. czyli to musi byc NAPRAWDE DOBRE. i rzeczywiscie, odsluch „na spokojnie” kaze mowic o RITD jako perfekcyjnym hicie pop. czyli dobry hook, niebanalny aranz, no i postac za nim stojaca mimo wszystko az tak papierowa nie jest.
ale to „21”. na poprzedniku, debiutanckim „19” z 2008 takich instant hitow nie ma. najblizej jest cudny „Chasing Pavements”, ale chyba jednak melodia nie jest w nim tak wyrazna, by poruszyc polskie gospodynie domowe. ale dla nas, hipsterow, pop numer jak znalazl.
ok, miejmy sprawe od razu z glowy. to co wyroznia Adele z tlumu zenskich UK (choc USA tez podpiac mozna) gwiazdek to jej glos. GENIALNY. jednoczesnie potezny jak dzwon i zwiewny jak pioreczko. zadziorny i niewinny. soulowo klasyczny, a jednoczesnie na wskros brytolski. jesli bipolarnosc jest wyznacznikiem wielkosci danego wokalu, to Adele spokojnie mozna juz uznawac za postac historyczna. problem w tym, ze nie jest powiedziane, ze gdzies tam na kastingach do X-Factora nie przewinely sie setki kolezanek o wokalu jakosciowo zblizonym do tego, ktorym dysponuje nasza bohaterka. a ktore skreslam z zalozenia, bo po kiego mam sluchac kogos chocby nie wiadomo jak ladnie sie wypowiadal, skoro nie ma nic do powiedzenia? wole beczacego Dylana. i tu zblizamy sie do meritum. Adele sama sobie pisze piosenki. za to jej chwala. natomiast nie ma co ukrywac, ze wychodzi jej to z roznym skutkiem.
da sie podzielic ten material na dwie czesci. pierwsza to ta z numerami konkretnie zaaranzowanymi, gdzie slychac producencka reke. taki jest „Chasing Pavements”, nastepny w kolejnosci „Cold Shoulder” (czy tylko ja slysze tu „Unfinished sympathy” Massive Attack?), genialnie swingujacy „My Same” czy pochodzacy z repertuaru wspomnianego Dylana „Make You Feel My Love” (moze szalenstwa nie ma, ale to faktycznie sliczny numer i zaslugiwal na to, by w koncu ktos go zaspiewal a nie wybeczal – sorry Bob). to najlepsze fragmenty, ale pozostale tracki z tej grupy znaczaco poziomu nie obnizaja. jest jednak jeszcze ta druga grupa, reprezentowana przez numery pokroju „Daydreamer”, „Best For Last” czy „Crazy For You”. ascetyczne, zaaranzowane jedynie na wokal, gitare akustyczna i ewentualnie piano… nudne jak cholera. pierwszym rzucajacym sie w oczy wspolnym mianownikiem tych trackow jest ich producent, Jim Abbyss. tyle ze wyprodukowany takze przez niego „Right As Rain” czy wspominany „My Same” do nudnych aranzacyjnie i kompozycyjnie zdecydowanie nie naleza. winnego nalezaloby szukac gdzie indziej… moze samej Adele? bo tak sie sklada, ze te najnudniejsze kawalki napisala sama, reszta zawsze ma jakiegos wspolkompozytora… by jednak rozwiazanie zagadki oddalic dodac nalezy, ze zdecydowanie najlepszy w zestawie, lamiacy serce „Hometwon Glory” to pierwsza napisana przez Adele piosenka, jeszcze w wieku 16 lat…
w rozwiazaniu zagadki moze okazac sie pomocny drugi dysk limitowanej edycji z akustycznym wystepem Adele w Los Angeles. repertuar to niemal wszystkie piosenki z „19” (plus cover „That’s it, I quit, I’m moving on” Sam’a Cooke’a) wykonane przez Adele, gitarzyste (choc czasem i ona siega po akustyka) i pianiste. i co? i nic. „Chasing Pavements” nawet w takiej wersji porywa, a „Daydreamer” wciaz nudzi. czyli chyba chodzi jednak o piosenki, a nie aranzacje. wspomnijmy jeszcze o bonusach: audio („Many Shades Of Black” z repertuaru The Racounters i chyba z nimi na featuringu instrumentalnym, ale wyszlo srednio) i video (dokument z trasy, udowadniajacy, ze sukces Adele zawdziecza tylko i wylacznie muzyce, bo na pewno nie urodzie) i mamy temat zamkniety.
dobry pop. z potencjalem, wiec niech juz bedzie ta osemka. ale jesli mialo byc cos wiecej to przykro mi, nie dostrzegam.
najlepszy moment: HOMETOWN GLORY
ocena: 8/10
