Dom Woskowych Ciał
reżyseria: Jaume Collet-Serra
Hehehehehhehehe.
Udało się ekipę alkoholową do kina wyciągnąć po raz pierwszy w życiu. Najpierw piweczko przed i wchodzimy do kina. Pierwotnie miała się tu znaleźć refleksja na temat „Batmana”, ale jak się niestety okazało, odwołali seans. Do chuja. No ale że wszystkim został pęd do zapoznania się z nowościami kinematografii, wybór padł na coś o mistycznym tytule „Dom woskowych ciał”…
Scenariusz? No dobra, był. Sześcioosobowa paczka jedzie na mecz. Zatrzymują się po drodze na jakimś zadupiu, którego główną atrakcją jest tytułowy dom woskowych ciał. Eksponaty wyglądają niemal jak żywe. Wkrótce się okaże dlaczego.
Ponoć film nawiązuje do słynnego horroru z lat 50. Nie widziałem. Widziałem natomiast film o podobnym, jeśli nie takim samym tytule, z początku lat 90., w którym nawet grał koleś wcielający się w Bobby’ego z „Twin Peaks”. Tyle że wtedy to był film klasy C. Ale co z tego? Kiczowate jak chuj, ale miało to przynajmniej jaja. Natomiast najnowsza wersja to idealny przykład filmu tworzonego dla głupich amerykańskich dzieciaków lubiących się bać. Tyle że ten strach jest wywoływany zazwyczaj tym, że nagle coś wyskoczy na ekranie.
No dobra, ale w sumie ten film nie był aż tak zły. Zwłaszcza jeśli potraktujemy go z mocnym przymrużeniem oka, ewentualnie jako dobrą komedię, to okazuje się całkiem niezły. Oto dlaczego.
Przede wszystkim — parę scen było naprawdę niezłych. Nie wymienię których, by nie spoilować.
Secundo: zajebista muzyczka. Zawsze to milusio usłyszeć w kinie Deftones czy Prodigy, a zwłaszcza Marilyna Mansona i Disturbed. Chociaż nie zawsze reżyser miał pomysł, gdzie tę muzykę wpakować.
No i przede wszystkim — we wspomnianej sześcioosobowej grupce były tylko dwie dupeczki. Ale za to jakie! Elishę Cuthbert widziałem pierwszy raz na ekranie, ale już czekam na kolejny film z nią (zapewne sequel :D). Ahhh, no i ta brudna koszuleczka uwidatniająca wszystkie jej obfite zalety, heeeeee. No i druga dupeczka — Paris Hilton. Któż nie zna, któż nie lubi? 😉 Mam wrażenie (co potwierdza lektura materiałów o filmie), że film w sumie powstał specjalnie dla niej, by mogła się pokazać. Pokazać, nie wykazać, gdyż takie określenie byłoby policzkiem dla prawdziwego aktorstwa. Jako że pani Paris gra rolę drugoplanową, to chyba nie będzie zbytnim spoilerem, jeśli powiem, że miała najefektowniejszą śmierć w tym filmie? 🙂
No i, jak to słusznie zauważyliśmy po seansie, w filmie aż roi się od cytatów z Kieślowskiego, Lyncha czy Wajdy, porusza ważki problem dysfunkcji amerykańskiej rodziny, którą przezwycięża prawdziwa miłość braterska, nie brak też wątku artysty wyalienowanego. Więc wychodzi na to, że był to nie tylko fajny wizualnie film, ale także wartościowe kino 😉
Inna sprawa film, a inna warunki oglądania filmu. Szczerze powiedziawszy, gdybym poszedł na film, który naprawdę by mnie interesował, to chyba bym kogoś udusił. Ale na seansie wczorajszym ten chaos był wręcz nie do przecenienia. Zwłaszcza że nigdy o mało co nie zostałem wyrzucony z kina, więc zawsze to jakieś nowe doświadczenie.
najlepszy moment: ZGON PARIS HILTON
ocena: 6,5/10

