rageman.pl
Muzyka

Tori Amos – Boys For Pele

rok wydania: 1996

wydawca: Eastwest

 

okej, jestem juz gotow wystukac pelnowymiarowa recenzje.

przy okazji wracamy do tematu dawno tu nieobecnej Tori Amos. jakims cudem pominelismy w omawianiu jej plyt jej trzecie wydawnictwo. no to teraz bedziemy mieli pelen obraz najfajniejszego okresu w karierze Tori.

swego czasu skontestowalem, ze pani Amos sie nie zmienia. troche przesadzilem. dziewczyna ma swoj ultracharakterystyczny styl, na ktorym wciaz bazuje, ale jednak da sie pewne modyfikacje dostrzec. taka jedna z wiekszych przeszla „na potrzeby” „Boys For Pele”. nigdy specjalnie jej tworczosc nie byla specjalnie wesola, niemniej dalo sie wyczuc pewna nutke optymizmu. ten optymizm wywialo wraz z dlugoletnim partnerem Tori, ktory takze produkowal jej poprzednie albumy. rudzielec sie wkurwil i, jak widac na zalaczonym obrazku, bedzie strzelac.

mamy wiec nakreslony z grubsza portret psychologiczny bohaterki i autorki plyty. co z muzyka? tez inaczej. byc moze nietypowe okolicznosci rejestracji (kosciol w Irlandii) niespecjalnie sa wyczuwalne, na pewno jednak da sie wychwycic coraz szersze instrumentarium, jakie jest angazowane na potrzeby plyt Tori. deciaki, sekcja smyczkowa czy dudy to oczywizm. warto odnotowac jednak, ze rowniez klawiszowa robota jest tu znacznie roznorodniejsza – obok foretpianu slychac takze klawesyn i klawikord. na coraz wiecej pozwalaja sobie rockowi kompani Tori – najlepszym przykladem „Professional Widow”.

co z samymi piosenkami? coz, Tori znow wykorzystala niemal maximum mozliwosci plyty Cd. 72 minuity, 18 piosenek. i znow niestety bez skipowania piosenek nie da rady przelknac calosci. niemniej oddajmy bogini to co boskie, albowiem sporo piosenek to juz klasyki. jak wspomniany „Professional Widow”, bedacy w warstwie lirycznej atakiem na wesola wdowke, Courtney Love. oczywiscie poszlo o faceta, choc co ciekawe – nie o swietej pamieci Kurta C. a Trenta R. ah, ten swiat elit. wracajac na ziemie – warto wspomniec, ze na wydanej tego samego roku reedycji „BFP” znalazl sie dodatkowo taneczny remix „PW” popelniony przez Armanda Van Heldena. natomiast „The Tornado Mix”, delikatnie podszyty mocniejszym bitem, zastapil oryginalna wersje „Taluli”.

co jeszcze? sliczne jest otwarcie plyty w postaci polaczonych „Beauty Queen” i „Horses”. brzmiacych, w kontekscie tej plyty, bardzo tradycyjnie, jakby zywcem wyjete z „Little Earthquakes”. podobnie lirycznym, a przy tym minimalistycznym klimatem (choc partia saxu bajeczna) wykazuje sie „Muhammad My Friend”. „Caught a lite sneeze”, choc osadzony na stricte rockowo brzmiacej pracy sekcji rytmicznej, to prowadzony jest przez arcybajaczna partie klawesynu. jest jeszcze wyciskacz lez w postaci „Hey Jupiter”, w ktorym spora role odgrywa partia wokalna bardzo silnie tracaca „Purple Rain” Prince’a. na przeciwleglym biegunie znajduje sie „Mr Zebra”, rezonujacy jakims soundtrackiem Disneya czy tez, by nie odbiegac tak daleko od swiata alternatywy, „The Trialem” Pink Floyda.

choc dla mnie wciaz najlepszym dokonaniem artystycznym Tori pozostaje debiut, to trza przyznac, ze okres „Boys For Pele” – „From The Choirgirl Hotel” moze jawic sie najciekawszym, najodwazniejszym w jej prawie 20letniej juz karierze. tyle ze jednak, juz zestawiajac z soba obie plyty, to chyba wole jednak te druga.

 

najlepszy moment: CAUGHT A LITE SNEEZE

ocena: 7,5/10

Leave a Reply