PtakY – Szkoła Latania
wydawca: DIY
dzis sie dowiedzialem o smierci Jim’a Korthe’a, wokalisty 3rd strike. zespol byl mocno sredniacki, nawet w swej numetalowej kategorii, jednak nie w tym rzecz. otoz info to znow mnie sprowokowalo do wspominek. przelom liceum/studia, imprezy w orbitalu badz parlamencie, rageman.blog.pl, AS… no, piekne czasy.
kojarzy mi sie jakos tez z tym okresem zespol Ptaky. byc moze dlatego, ze gitarzysta tychze dosyc czesto przewijal sie na ow trojmiejskich imprezach. zreszta, przy blizszym zapoznaniu Krzychu okazal sie calkiem przesympatycznym kolesiem. pozdrowki dla niego. no, ale koniec prywaty.
wiec historia jest taka, ze Ptaky to kapela wymyslona i dowodzona przez Piotra Lukaszewskiego. czlowiek instytucja, od lat obecny na polskiej scenie. jako producent, stacjonujacy we wlasnym RED Studio i obslugujacy metalowe hordy pokroju Vadera czy Mess Age, ale przede wszystkim jako gitarzysta. TSA Evolution, Skawalker, pozniej najwieksze sukcesy z IRA. pod koniec unieglego wieku wyskoczyl z przedziwnym projektem Karmacoma, majacym byc polska odpowiedzia na triphopy zza granicy. po niepowodzeniu tegoz zalapal fuche jako sideman Patrycji Markowskiej. z zapoznanymi w tym czsie muzykami postanowil olac pracodawczynie i porockowac na wlasny rachunek, biorac na wokal niejakiego Sebastiana Makowskiego, ktoremu na poczatku XXI wieku udalo sie nawet u majorsa wydac plyte pod wlasnym nazwiskiem. a ze marka Lukaszewskiego nie stracila na popularnosci przez te wszstkie lata, oczekiwanie na debiutancki album Ptakow przybralo wrecz ogolnopolski wymiar. tym mocniejsze, gdyz napedzone sukcesem singla „Chron to co masz”, ktoremu trafil sie zaszczyt trafic (i go promowac) na soundtrack do drugiej czesci filmowych przygod Spidermana. oczywiscie mowimy o polskiej edycji soundtracka, ale to w CV mozna pominac przeciez. po jakims czasie jednak sluch o Ptakach zaginal, jednak w 2008 roku po raz drugi objawili sie swiatu „Szkola Latania”. tym razem wydana nie w Sony, lecz wlasnym sumptem, z mozliwoscia pobrania z ichniejszej strony internetowej.
no wlasnie. z PtakY’ami to dosyc dziwna sprawa jest. i nie mowie o glupawej nazwie. niby graja na wielkich imprezach – dni miasta, opole, sopot itepe itede – ale o jakichs wielkich sukcesach w kwestii sprzedazy plyt w ich wykonaniu nie slyszalem (zreszta wydanie albumu wlasnym sumptem jest dosyc wymowne). niby sami sie pozycjonuja jako obroncy rockowego ognia, ale nigdy nie spotkalem na swej drodze kogos, kto okreslalby sie mianem fana Ptakow. wrecz przeciwnie – co rusz slysze, ze gowno, ze kicz, ze totalna poracha i tak dalej. troche casus podobny do Braci Cugowskich, co nie?
porownanie do synow frontmana Budki Syflera tym trafniejsze, ze muzycznie tez dosyc podobnie jest. niby czad, niby postgrunge, ale tak ugrzeczniony, ze trafia nawet do gospodyn wiejskich, a Silverchair sie jawia jako hardkorowcy. moze muzycznie u Ptakow wiecej sie dzieje (no jakby nie bylo, Lukaszewski to doswiadczony chlopak i wie jak operowac dzwiekiem), ale na tej samej zasadzie Cugowscy wygrywaja wokalem. choc Makowski niby spiewac umie… niewazne. debiutancki album mnie nie przekonal do tego stopnia, ze zaplacic za ich drugi album nigdy bym sie nie zdecydowal. ale skoro jest za darmo…
odpalamy plyte zatem, slyszymy egzotycznego instrumentala o znajomym tytule „CoeXisT” (swoja droga ciekawe, czy panowie wnikneli glebiej w temat by siie dowiedziec, kto tak naprawde wymyslil to haslo) i szok. brzmienie to audofilski majstersztyk. powaznie. co o tyle dziwniejsze, ze mowimy o MP3. nastepujacy dalej „Kaznodzieja” dostarcza jeszcze milszego zaskoczenia. ten riff na poczatku… pierdolniecie! yes! yes! yes! koniec z ubogim, creedopodobnym poplumkiwaniem. skoro gramy juz nie na koszt majorsa, to mozemy grac co nam sie zywnie podoba. i wprawdzie refren to juz typowa dla nich melodia, to jednak numer jako calosc potrafi narobic smaku.
niestety dalsza czesc plyty pozbawia zludzen. bedzie po staremu. czyli jednak oni naprawde lubia w ten sposob grac, zadne sony ich do tego nie przymuszalo. hmmm… nie no, okej – nie jest to jednoznacznie zle. swiat bylby nudny, jakby graly na nim same radioheady, toole, velvet undegroundy czy inney kyussy. nie dostarcza to jakichkolwiek glebszych emocji, ale jadac samochodem i potrzebujac jakiejs nieabsorbujacej dawkii gitar rodem z eski rock – czemuzby nie. brak tu jakiegos zaskakujacego, zajebistego od pcozatku do konca numeru („Kaznodziejowy” riff to troche za malo), brak tu guilty pleasure na miare „Chron to co masz”, ale melodie „AnA”, „Zapalek Marzen” (choc dziwnie kojarza sie one kolejno z „Dani California” RHCP i „When I’m Gone” 3 Doors Down…) czy „Pielgrzyma” da sie przelknac bez wykrzywiania mordy. choc niestety bywaja tu i totalne niewypaly. nie wiem jak mozna bylo nie zdusic jeszcze w zarodku „Zaby”. melodia banal, ale ten teskt to juz masakra jakas. nie czuje tego, nie ogarniam wrecz.s
ale musze jeszcze raz to powtorzyc – brzmienie maxymalnie daje rade. aranzacje zreszta tez. nie slucham muzyki dla „smaczkow”, jednak trudno nie zwrocic uwagi na np bardzo ladna partie fortepianu w „Boja Sie Ludzie”. w „Zapalkach” na klawiszach pomyka Wojtek Horny z legendy polskiego nu – O.n.a. jednak w kategoriach ficzuringow wygrywa „Taniec z Manekinem”, z goscinna zwrotka Ewy Wentland (ex-Milczenie Owiec). byc moze jest to najlepszy fragment plyty. typiara ma przecudowny glos, oszalec z zachwytu mozna. wie ktos, co sie z nia teraz dzieje?
nie no, myslalem ze bedzie gorzej.
najlepszy moment: TANIEC Z MANEKINEM
ocena: 6,5/10

