The Rapture – Out Of The Races And Onto The Tracks
rok wydania: 2001
wydawca: Sub Pop
jou, po dlugiewj przerwie. dosc dlugiej. spowodowanego dosc prozaicznym, bynie powiedziec przyziemnochujowym powodem – smierc dysku twardego. reanimacja niby w toku, ale lekarze nie daja wielkich szans. zreszta diagnoza brzmi groznie: uszkodzenie fizyczne. a ze mowa o malutkim niczym serduszko niemowlecia organie, tak operowanie takowego to naprawde kawal niezlej roboty (tu propsy dla kamila, ze sie zadania jednak podjal). a niby nic sie tak strasznego nie stalo – berbec nasz… to jest – laptop, siedzial sobie niewinnie na stoleczku. i tak sie go niechcacy mi go szarpnelo, ze az z tego stoliczka spadl. ehhh… co nas nie zabije to wzmocni? obym zesz kurwa mac, oby.
tak wiec – by juz bardziej odniesc sie do sytuacji tego bloga – jestem odciety od swiata. juz nawet nie wspominam o dramacie w postaci utraty kilkuletniego dorobku – rowniez muzycznego – tegoz dysku twardego. nie mam tego szczescia posiadac wiecej niz jednego kompa, wiec trudno mi powiedziec czy ta notke mozna uznac za reaktywacje bloga. chyba nie. i choc momentami ogarnia mnie wrecz rozpacz, ile muzyki moglismy tu opisac przez te prawie dwa tygodnie, to jednak nie uznaje tego czasu za AZ TAK stracony. primo – czlowiek dzieki teemu mial czas nadrobic inne zaleglosci. nawet nie wiecie, jakie to zajebiste uczucie przeczytac jakas ksiazke, hahaha. a nawet pare. i wcale nie mowie o nowelkach! no ale dobra, oszczedze sobie kompromitacji dalszej i przejde do secundo. a jest nim fakt, ze troche przydal sie ten czas do podladowania baterii. nie ma co ukrywac, produkujac przez dwa lata jedna notke dziennie czlek ma prawo sie zmachac. no i tertio – mocno pozytywnie dzieje sie w zyciu pozablogowym i pozakulturalnym. no ale moze o tym kiedy indziej. zreszta, nic nie jest tip-top-pewne, wiec nie zapeszajmy.
a teraz juz naprawde meritum. czyli wrocmy do tematu The Rapture. pisalismy o singlu do „Sister Saviour”, ktory posluzyl nam jako punkt wyjscia do rozwazan nt fenomenu tej kapeli. zostajemy przy temacie drobnicy fonograficznej, jaka nowojorczycy zdazyli niemalo naprodukowac w swej karierze. i tak np w 2001 roku wydali w Sub Popie swa oficjalnie pierwsza EPke (wczesniej byl „Mirror”, ktory sam zespol okresla mianem mini-albumu i rzeczywiscie troche jest za dlugi jak na format EP), „Out Of The Races…”. zostanmy przy tym watku wydawcy, bo to ciekawa sprawa w sumie. jesli mielibysmy wymienic nazwy zjawisk, instytucji i tym podobnych zwiazanych z nurtem grunge, nazwa Sub Popu musialaby pasc jako jedna z pierwszych. a tymczasem malo kto wie, ze nie tylko ta wytwornia wciaz istnieje, ale i zdecydowanie nie zajmuje sie pielegnowaniem pamieci o ultrapopularnym gatunku muzycznym sprzed 20 lat. i wciaz trzyma reke na pulsie muzyki alternatywnej, gdzie alternatywna zdecydowanie nie oznacza flanelowych koszul i przywolywania klimatu Seattle. o czym swiadcza wydawane przez nich plyty nie tylko takiego The Rapture, ale tez Fleet Foxes czy The Shines. przypuszczam ze predzej by wlodarze SUb Popu popelnili harakiri niz wydali popluczyny pokroju Puddle Of Mudd czy innego Creeda.
i chociaz ow wlodarze to bez watpienia otwartoglowi kolesie, ktorzy mogliby bez oporu wydac zarowno „Echoes” jak i kolejne wydawnictwa The Rapture, to zawartosc „OOTRAOTT” jakos zaskakujaco pasuje do tego z czym kojarzy sie Sub Pop. nie, grandzowo nie jest. ale alternatywnie, jazgotliwie, dysonansowo, noisowo wrecz, Mudhoney’owo-SonicYouth’owo-Fugazi’owo – jak najbardziej. nawet tego oslawionego dance-punku tak wiele tu nie ma, choc za produkcje calosci odpowiada ekipa DFA. najblizszy tego co panowie popelnia w 2003 roku jest tytulowy track. a i on nie ma tak perfekcyjnego szlifu jak pozniejsze singlowe kawalki.
pozniej jest juz zdecydowanie inaczej. takze, niestety, jakosciowo. by nie bylo – to jak najbardziej przekozacki material, co odzwierciedla ocena koncowa. problem w tym, ze przezajebiscie tez nierowny. na 6 piosenek trzy sa swietne, 2 sredniackie, no i niestety jeden tak przerazliwie wymeczony („Caravan”), ze mozna zwatpic w songwriterski talent tych panow. to jest alternatywa, z ktora coraz mniej chce miec wspolnego.
zdecydowanie trzeba znac ten material, tym bardziej ze sa tu fragmenty wybitne (poza wspomnianym tytulowym – „The Jam” i „The Pop Song”). jednak nie ma co ukrywac – na „Echoes” mamy do czynienia z zespolem obiektywnie lepszym. czemuz tak – wytlumacze wam w nastepnej notce.
najlepszy moment: OUT OF THE RACES AND ONTO THE TRACKS
ocena: 7,5/10