The Rapture – Is Live, And Well, In New York City
rok wydania: 2004
wydawca: DFA
okej, zdazymy skrobnac jeszcze jedna notke. dalej omawiamy wydawnictwa poboczne nowojorczykow. tym razem bedzie to jedyne ich dotad dvd.
wydanie koncertowki – niezaleznie czy w formacie cd czy dvd – po jednym pelnowymiarowym krazku to nie tylko akt odwagi, co wrecz zuchwalstwa. tyle ze nie w przypadku The Rapture. nie w przypadku zespolu, ktorego debiutancki krazek byl zakonczeniem pewnego etapu kariery, a nie jej rozpoczeciem. ktorego wydanie poprzedzily lata wypelnione singlami, epkami itp itd.
dlatego nie tylko chlopaki nie mieli problemu ze zbudowaniem koncertowego setu (choc owszem, niespecjalnie dlugiego, a i na „Echoes” glownie opartego), ale tez zupelnie nie ma sie wrazenia obcowania z debiutantami. no chyba ze dla kogos wyznacznikiem jest poziom skomplikowania tak zwanego show i ilosc widzow. tu mamy raczej niewielka salke i skromny (?) telebim umieszczony za muzykami jako jedyny element scenografii. no i niesamowite zgranie, poziom instrumentalny a przede wszystkim cos, co ludzie zwa „radoscia grania”. jest taniec muzykow grozacy wybiciem sobie zebow o gryf? jest. sa porozumiewawcze spojrzenia typu „jak sie ciesze ze cie widze i z toba gram”? sa. sa choralne spiewy? sa. jest nawet schodzenie do publiki i baunszenie razem z nia. reasumujac – panowie wyrabiaja sto procent normy. i rezyserowi filmu bardzo dobrze udalo sie uchwycic ta energie, bez korzystania z jakichkolwiek efektow specjalnych.
to co jednak najbardziej przykuwa uwage to progres, jaki panowie zaliczyli od czasu „Out Of the races…”. widoczny oczywiscie juz na „Echoes”, ale przede wszystkim chyba wlasnie w takich warunkach koncertowych. przede wszystkim – dojscie do skladu multiinstrumentalisty Gabriela Andruzziego. krotka pilka – koles wzniosl granie zespolu o pare leveli wyzej. niby to tylko sax, cowbelle, klawisze i inne popierdolki. ale jak lepiej sie tego wszystkiego slucha, jak perfekcyjnie to zre, jak bossowsko wymiata! nie mam nic do garazu, ba, wole nawet go od stadionu. ale tutaj powiedzenie, ze z ciasnawych czterech scian panowie przeniesli sie do Spodka przynajmniej jakiegos musi byc traktowane jako komplement.
drugi powod takze ma imie i nazwisko. Matt Safer. choc zaraz, typ juz jest obecny w kapel;i od dlugiego czasu! no tak, ale… widzicie, ja naprawde lubie wokal Luke’a Jennera. ten jego kruszacy szklo piskliwy spiew to jeden z podstawowych elementow zajebistoci „House Of Jealous Lovers” (obecnego na tym koncercie, a jakze) czy „Out Of…”. natomiast nie bede ukrywal, ze przynajmniej mnie na dluzsza mete on meczy (vide opisana notke wczesniej EPka). dlatego jak najbardziej cieszy wlaczenie do srodkow wyrazu zespolu popisow wokalnych Safera. nawet jesli jest to spiew brzmiacy nieprzyzwoicie wrecz pospolicie. a jesli jeszcze tworzy on jakies wokalne harmonie z Jennerem to juz w ogole jest miodzio.
i tyle chyba mozna powiedziec o samym koncercie. wyroznien brak, bo ten koncert naprawde daje rady od poczatku do konca. no ale niech bedzie – na wysokosci singlowych kawalkow daje rady jeszcze bardziej. natomiast co do bonusow to mamy ich trzy. klip do „House Of…”, „Sister Saviour” i „Love Is All”. wygladajace nieprzyzwoicie amatorsko (no, moze poza „House’m”, bo to kreskowkowa rzecz), godna srednio zamoznego zesolu alternatywnego z Polski. z ta roznica, ze tu akurat jest jakis pomysl w tych klipach.
najlepszy moment: HOUSE OF JEALOUS LOVERS
ocena: 8/10