Slayer – Diabolus In Musica
rok wydania: 1998
wydawca: American
troche spory skok w omawianiu dyskografii Slejera poczynimy. obiecuje ze kiedys zajmiemy sie klasykami pokroju „Reign In Blood” czy „Seasons In The Abyss”. dzis zas zajmiemy sie najmniej typowym okresem w historii Kinga i spolki.
jak wiadomo powszechnie, fani Slayera to dosc specyficzna grupa. przekonal sie o tym kazdy, kto zadarl z takowymi np na rozmaitych rockotekach, przekonaly sie o tym zespoly supportujace legende metalu. przychodza do glowy rozne epitety, ale na pewno wsrod nich trudno znalezc takie jak „otwarty” badz „tolerancyjny”. co ciekawe, dotyczy to takze (a moze nawet i w szczegolnosci) obiektu ich westchnien.
bo „DIM” cieszy sie w dyskografii Slayera podobna „estyma” co „St. Anger” Metalliki czy „Risk” Megadeth. czyli zdrada, swiadectwo ogladania sie na mody, kompromis. i podobnie jak w wymienionych przypadkach, rowniez i „Diabolus” jest traktowany dzis przez jegoo autorow po macoszemu, o czym najlepiej swiadcza setlisty koncertow. i niewielkim wytlumaczeniem tego zaniedbania jest fakt, ze po powrocie Lombardo do kapeli panowie wola grac material zarejestrowany ze swoim slynnym perkmanem.
wlasnie, Lombardo. jakze by sie chlopak przydal na tej plycie. nie ujmujac nic jego nastepcy – Paulowi Bostaphowi – ale mysle ze na tak osadzonym na rytmie albumie facet odnalazlby sie idealnie i na pewno wznioslby go parenascie leveli wyzej. zwlaszcza ze naprawde te 12 utworow na to zasluguje.
bo rzecz w tym, ze wlasnie groove w najwiekszym stopniu panowie inkorporowali do swego soundu na potrzeby tej plyty. a skoro groove + metal = nu metal. i takim wlasnie argumentem fani slayera dissuja ten krazek. co jest bzdura okrutna. raz, ze tego nowego (dodajmy jeszcze modyfikacje tuningu gitar i efektow nalozonych na wokal Toma – w tym ostatnim rzeczywiscie najbardziej zblizaja sie do mlodszych kolegow z branzy) naprawde wiele nie ma, a i tak sporo utworow w calosci od takich wplywow sie uchowalo (vide „Scrum” czy chyba najwiekszy gest w strone oldskulowych fanow „Point”). dwa, ze te zmiany naprawde ozywczo podzialaly na brzmienie zespolu. pewnie, dla statystycznego fana ktorego priorytetem w recepcji Slayera jest mozliwosc headbangingu i „by dobrze napierdalalo” takie nowinki moga byc nawet powodem by zedrzec plakat chlopcow ze sciany i nigdy juz nie wysuplac hajsu od rodzicow na ich koncert. kazda inna osoba musi „Diabolus…” przynajmniej docenic i na stawianie go w jednym rzedzie z „St.Anger” i „Risk” reagowac glosnym veto.
tak na dobra sprawe najbardziej szokuje sam poczatek plyty. „Bitter Peace” wprawdzie sklada sie z doskonale znanych ingredientow (masywne intro i soniczny strzal w dalszej czesci), ale juz ich wymieszanie i dodane przyprawy sugeruja, ze bedzie inaczej. i rzeczywiscie, nastepny „Death’s Head” to juz spore novum. ten utwor BUJA. dla mnie – czad, bo chociaz pare zaskoczen wiecej w tym utworze da sie znalezc (numetalowe cedzenie slow, industralna lekko solowka gitarowa), to jest wciaz utwor zespolu, ktory trudno z jakimkolwiek innym zespolem pomylic. nietypowym, nowoczesnie brzmiacym rytmem charakteryzuje sie tez „Stain Of Mind” (jedyny reprezentant „DIM” zyczliwie traktowany przez zespol podczas koncertow), jeszcze bardziej rozwalajacy skandowanymi zwrotkami. ale juz w czwartym na plycie „Overt Enemy” panowie strzelaja do diametralnie innej bramki, moznaby rzec – Black Sabbath’owej. tu juz numetalowcy raczej moga grymasic. a dalej naprawde nie ma az tylu momentow, ktore pozwolilyby Slayerowi odbic fanow Limp Bizkit, Korna czy nawet Soulflaja.
bo jesli szukac winowajcow tego nowego brzmienia (za sterami wciaz jednak siedzi Rick Rubin), to nie w Jonathanie Daviesie, a w Jeffie Hannemanie – glownym muzycznym tworcy materialu, a przede wszystkim najwiekszemu wielbicielowi punk rocka w Slayerze. czemu dal wyraz nie tylko w kolekcji coverow „Undisputed Attitude”, ale takze na „Diabolus In Musica”. bo wlasnie z punkiem mi jednak najbardziej kojarzy sie ten material. nawet nie tyle za sprawa muzyki, co podejscia do jej odgrywania. wroc – oni przeciez zawsze byli punkowo bezkompromisowi… inna sprawa, ze biorac pod uwage liczne ficzuringi Kerry’ego Kinga (czasem dosc zaskakujace – vide casus Beastie Boys czy Sum41), to po nim mozna byloby bardziej spodziewac sie nietypowych utworow.
numetal, przynajmniej na jego samym poczatku, naprawde mogl byc inspirujacy. rowniez dla starszych zespolow. dobrze jednak, ze taki flirt z nowym u Slayera trwal tylko chwile. o tym, ze ciagniecie takiej relacji moze skonczyc sie zle najwiecej moglby opowiedziec Machine Head, a i Sepultura dorzucilaby trzy grosze.
najlepszy moment: STAIN OF MIND
ocena: 8/10