Slayer – God Hates Us All
rok wydania: 2001
wydawca: American
jedziemy dalej z dzwiekowa rzeznia.
w 2001, 3 lata po wydaniu „Diabolus In Musica” bylo juz po wszystkim w temacie „Slayer i nowinki brzmieniowe”. dobrze sie stalo? tak!
przyznam, ze jestem troche niekonsekwentny w ocenie zespolow jesli chodzi o ich podejscie do restrukturyzacji wlasnego soundu. w sensie – lubie jak zespoly nie nagrwaja wciaz tej samej plyty. a jednak Slayerowi jestem w stanie to wybaczyc, nawet jesli sami otwarcie okreslaja sie w tym kontekscie jako „hardcoreowa wersja AC/DC”. pewnie, uwielbiam jak sie zmieniaja, wprowadzaja nowe elementy do swej muzyki – dalem zreszta temu wyraz we wczorajszej notce. a jednak ryj sie szczerze cieszy slyszac poczatek „God Hates Us All”. tym bardziej, ze dosyc sprytnie go skonstruowano: „Darkness Of Christ” to poltoraminutowa zajawka, w ktorej niby cos tam gra, ale strasznie (jak na Plyte Slayera oczywiscie) cichutko. czlowiek podkreca glosnosc by wszystko sie zgadzalo i nagle jak nie pierdolnie (pardon, ale inaczej tego nazwac nie mozna) „Disciple”! walcowata kaskada riffow, Araya wydziera sie w najlepsze, Bostaph mlynkuje taak by godnie zapracowac na miano „nastepcy Lombardo” no i ten opetanczy refren ze slowami-mottem tej plyty. „Bog nienawidzi nas wszystkich”. smiem watpic. gdyby tak bylo, nie powstawalyby tak kapitalne plyty jak „GHUA”. ktos ta teze wysmieje, moze nawet powie ze to sprawka Lucyfera bardziej. a czy Lucyfer odpwiada za Piramide Cheopsa czy Krzywa Wieze w Pizie? bo przeciez tylko w kategoriach Cudu mozna rozpatrywac to, ze po blisko 30 latach zespol potrafi wciaz nagrywac tak wsciekle, bezkompromisowe, a przede wszystkim – zajebiste albumy.
moze wynika to z tego, ze tak na dobra sprawe Slayer nie nagrywa wciaz tej samej plyty, tylko na przemian dwie plyty? raz szybkostrzelna, raz wolna i masywna. pisalismy wczoraj o „DIM” ze w duchu to dosc punkowa plyta, ale na dobra sprawe sporo w niej bylo chwil na zlapanie oddechu, a moze nawet i takich, ktore da sie zanucic. z „GHUA” tego „problemu” nie ma. wolniejsze momenty wciaz moga spowodowac totalna defloracje mozgu, a w najlepszym wypadku trwale uszkodzenie sluchu i wrazliwosci. nawet nie ma co wskazywac kawalek najbardziej przegiety pod wzgledem ekspresji i szybkosci – trzeba byloby wymienic 2/3 plyty.
najlepsze jest to, ze zadaje ta plyta klam logicznemu w sumie twierdzeniu, ze agresja zawarta w muzyce „dziala” najlepiej, gdy sie ja odpowiednio dozuje, kiedy nabiera rozpedu coby uderzyc z podwojna sila. Slayer takich sztuczek nie potrzebuje. moze wynika to z tego, ze przez te wszystkie lata opanowali soniczny atak do perfekcji? moze dlatego ze wzorem opisywanych przez siebie w tekstach psycholi znaja wszystkie sposoby swiata na gwalt na uszach? moze to ich wlasnie rozni od calej rzeszy ciasteczkowych potworow death metalu – nie tylko blasty, ale i groove. nie tylko riffy, ale i „kaczki”, klimatyczne plumkniecia, niekedy elektroniczne podbicia. no i przede wszystkim zaden tam growl, a wrzask, skandowanie, cedzenie slow, a czasem i henry rollinsowa deklamacja („Deviance”).
no i last but not least, a byc moze w kontekscie tej plyty aspekt najwazniejszy – teksty. tak jak biorac pod uwage sama warstwe instrumentalna nie smialbym postawic jakiejkolwiek plyty Slayera ponad „Reign In Blood”, tak w kwestii lirykow odwaze sie wyrazic opinie, ze panowie z plyty na plyte sa coraz lepsi. a „GHUA” to moze nawet i apogeum w tym temacie. 4 lata temu kazdy zespol metalowy za punkt honoru postawil sobie wydac plyte badz jakikolwiek inny format szostego czerwca (dla mniej kumatych: 6.6.06). Slayer, ktory juz dawno temu zauwazyl, ze Szatana nalezy upatrywac nigdzie indziej jak w samym Czlowieku, z wydaniem „GHUA” nie mogl trafic lepiej. 11 wrzesnia 2001. nawet nie chodzi o sama symbolike daty – wszak tego dnia mialo premiere sporo wydawnictw. potega tego zbiegu okolicznosci jest wieksza – oto dnia, kiedy najbardziej wytrwaly w wierze musial zwatpic (a wszystko to przeciez spowodowane zaslepieniem w „innego boga”), plyte wydaje zespol ktory jak malo ktory zalazl za skore Kosciolowi Katolickiemu. bo przeciez Black Sabbath czy Judas Priest to byly tylko igraszki z satanizmem, a black/death nie maja takiej sily razenia co wydana przez majorsa kapela Hannemana. a ten atak na religie na tej plycie brzmi na tyle dosadniej, ze trudno nie pomyslec, ze skubancy przewidzieli badz poskurnie wyczuwali, co sie wydarzy te pare miechow po ukonczeniu prac w studiu.
tak powinna brzmiec Bluzniercza Muzyka. patrzcie i uczcie sie, wy wszyscy smieszni metalowcy malujacy ryje na bialo i charczacy do mikrofonu.
najlepszy moment: DISCIPLE
ocena: 8/10