Roger Waters
kto: Roger Waters
Ostatnio dużą sympatią załapałem do terminu „dad rock”. Czyli jak domyślacie się z nazwy – zakładając że znacie język angielski – muzyka rockowa (bo jaka inna?) która podoba się twojemu ojcu. Oczywiście jest to zarazem muzyka powstała głównie w latach nie późniejszych niż 80-te. Warto jednak zaznaczyć, że założeniem gatunku jest to, że nie może on się podobać osobom mającym mniej niż 40 lat, czyli mówiąc dosadniej – nie może być ona cool. Dlatego niekoniecznie mowa tu o Led Zeppelin czy Black Sabbath, bo oni są zawsze fajni. Ale już Deep Purple czy Budgie, o, już jesteśmy bliżej sedna. Jeśli zaś chodzi o solistów, to jednym z czołowych reprezentantów gatunku jest Roger Waters, idol audiofilów i Wychowanych na Trójce. Ale przede wszystkim mózg Pink Floyd – i to mnie przekonało by pójść na jego koncert. Oczywiście z moim Tatą zresztą.
Jak nieraz było pisane na tym blogu, Pink Floyd – właśnie m.in. za sprawą Taty – stanowił podwaliny mojej edukacji muzycznej. I tak już mam, że swych bohaterów muzycznych chcę choć raz zobaczyć w wersji live, niezależnie jaką by aktualnie formę prezentowali. Członków Pink Floyd już nigdy nie zobaczę razem, uznałem więc że odbiję sobie oglądając ich w wersjach solowych. David Gilmour, kiedy grał jakieś 10 lat temu w gdańskiej Stoczni, koncert dał kapitalny – a trzeba dodać, że towarzyszył mu wtedy nieodżałowany Rick Wright, więc tym większa frajda była. Przez wiele lat brakowało kontrapunktu w postaci koncertu Rogera Watersa, mimo iż ten nieraz odwiedzał Polskę. Kiedy więc w końcu okazało się, że także i on zagra koncert w mieście Lecha Wałęsy, uznałem że tym razem nie odpuszczę. Zwłaszcza że tym razem timing okazał się całkiem niezły – tak jak zaskakująco niezła okazała się wydana rok temu płyta „Is This The Life We Really Want?” (choć nie tak niezła jak jej poprzedniczka, wydana blisko ćwierć wieku temu „Amused To Death”). Wiadomo jednak, że koncertowo Waters opiera się przede wszystkim na dokonaniach swojego najsłynniejszego zespołu. Dodatkowo nazwa aktualnej trasy zaczerpnięta została z Ciemnej Strony Księżyca, wciąż mego – wiem, mało to oryginalne – najulubieńszego albumu PF. Czyli można oczekiwać że będą przeważać tracki właśnie stamtąd, a jednocześnie nie będzie to koncert poświęcony wyłącznie temu dziełu, tak jak to było na poprzednich trasach. Czyli dla mnie rozwiązanie idealne.
Około 20.00 – bez poprzedzających supportów – na ogromnym telebimie na scenie ukazuje się obrazek dziewczyny z chustą na głowie siedzącą na plaży. Znając światopogląd Watersa – przypuszczalnie Palestynka nad Morzem Martwym. Choć przez kwadrans praktycznie absolutnie nic się na tym obrazku nie zmienia (słynna scena zamiatania podłogi w „Twin Peaks: The Return” to przy tym kino akcji), to kontekst jakim jest obarczony powoduje, że jest w nim coś niepokojącego. I rzeczywiście, w pewnym momencie obraz zanosi się czerwienią. Krwistą czerwienią. Ale zaraz potem wizualizacja „prowadzi” nas w Kosmos. Wiadomo czym to się skończy. A właściwie – zacznie. Dokładnie tak jak na „Dark Side Of The Moon”, krzyk w „Speak To Me” przechodzący w „Breathe”. Błogostan. Jestem w domu.
Na scenie cała armia muzyków. Wyróżniają się trzy frakcje. Po pierwsze – dwie przeurocze, wyglądające bliźniaczo do siebie podobnie chórzystki. I nawet jeśli poziomu oryginału nie sięgnęły w „The Great Gig In The Sky”, to i tak ich występ trzeba zaliczyć do pozytywów koncertu. Także w liczbie dwóch było gitarzystów. Z czego jeden skupiony niemal wyłącznie na solówkach, drugi łączący partię gitary rytmicznej z wokalami. I nawet jeśli także i oni razem nie byli w stanie zastąpić jednego Davida Gilmoura (choć ten drugi niemal wyglądał jak kopia Davida z młodości), to trzeba uczciwie przyznać że robili co mogli. Najbardziej zastanowiła mnie jednak posada drugiego basisty. Owszem, były momenty kiedy Waters odstawiał bas i skupiał się na wokalu (i wędrówkach po scenie), ale kiedy grał na basie to ten drugi basista zostawał na scenie. Czyją więc zasługą ta genialna partia basu w „One Of These Days” (jedyna wycieczka w czasu przed-Księżycowe tego wieczoru)? Chcę wierzyć że jednak Watersa, bo często zapomina się że przy całej jego charyźmie jako kompozytora i tekściarza, jest on także kapitalnym basistą.
Pomijając „Oe Of These Days”, który w pewnym sensie zastąpił „One The Run”, cały czas jesteśmy po Ciemnej Stronie Księżyca. Opuszczamy ją dopiero po wspomnianym Gigu na Niebie, na rzecz „Welcome To The Machine”. Wtedy też jedyny raz oglądamy wizualizacje „z epoki”, a konkretnie teledysk autorstwa Geralda Scarfe’a. Płynnie przechodzi on w wiązankę z „Is This The Life…”: „Deja Vu”, „The Last Refugee” i „Picture That”. Co ciekawe (i jak dla mnie lekko rozczarowujące), całkowicie zostały pominięte utwory solowe z innych płyt Watersa… No nic to, bo chwilę potem słyszymy charakterystyczne radiowe dźwięki. Niby-Gilmour sięga po gitarę akustyczną… Tak! I jak się cieszę że to jednak Waters, mimo iż wybitnym wokalistą nie był, nie jest i nie będzie, śpiewa te słowa „So, so you think you can tell heaven from hell”. A razem z nim cała Ergo Arena – która przez większość czasu była raczej skupiona na kontemplowaniu występu (i zapewne zbieraniu gęby z podłogi), ale tekst „Wish You Were Here” zna akurat KAŻDY – a przynajmniej chcę w to wierzyć.
Był „Dark Side”, był „Wish You Were Here”, czas na „Animals”? Ano nie, bo robimy przeskok od razu do „The Wall”. Z wiązanką „The Happiest Days Of Our Lives” i drugą i trzecią częścią „Another Brick In The Wall”. Wreszcie następuje show wykraczające poza telebimowe wizualizacje – na scenę wkraczają dzieci z lokalnego sierocińca, najpierw z czymś na kształt worków nałożonych na głowy, zdjęte w trakcie chóralnej partii. Zarówno ruchy sceniczne, jak i śpiew (a raczej ruch ustami) mało zsynchronizowane, ale to totalnie nieważne w tym momencie, liczy się efekt – a ten jest solidny. Wreszcie Waters de facto po raz pierwszy przemawia do publiki – a właściwie tylko po to, by podziękować młodym gościom którzy dopiero co zeszli ze sceny oraz żeby zapowiedzieć dwudziestominutową przerwę.
I przerwa najprawdopodobniej była by najzwyklejszą przerwą świata, gdyby nie manifesty wyświetlane na telebimie, które uczyniły z tej przerwy najbardziej komentowany fragment koncertu. No więc tak: doskonale wiadomo, że Waters, od dekad zaangażowany społecznie i politycznie, nie ograniczy się podczas koncertu wyłącznie do muzyki. Kto nie był tego świadom ten zwyczajnie nie ma pojęcia o solowej działalności Watersa i najprawdopodobniej powinien się znaleźć na koncercie Gilmoura a nie Watersa. Można było też przypuszczać, że w tak napiętej politycznie sytuacji jaką teraz przerabiamy w Polsce lider Pink Floyd także i do niej się odniesie. I owszem, padły hasła o Konstytucji, jak i o oddzieleniu Państwa od Kościoła. Ale też pokazano listę neofaszystów, wśród których wymieniono Jarosława Kaczyńskiego. I tu warto się zastanowić i obiektywnie odpowiedzieć sobie na pytanie – czy człowiek, który w danym kraju bywa tylko od koncertu do koncertu i który wiedzę czerpie najprawdopodobniej z gazet typu „The Guardian”, powinien się wypowiadać na lokalne tematy? Czy określanie Kaczyńskiego neofaszystą, niezależnie jak głęboką antypatię byśmy do niego nie żywili, nie jest odrobinę przesadzone? Wątpliwości te potęguje to, że na liście znalazł się też Putin, a przy nim znak zapytania. Akurat chyba mało kto ma wątpliwości, że jeśli ktoś miałby totalitarnymi zapędami wywołać kryzys na świecie, to byłby to właśnie Putin a nie Kaczyński. Nie ma co ukrywać – zapachniało lekką propagandą, która gdyby była „w drugą stronę”, to byłaby zjechana bardziej niż „Smoleńsk”. I kontekst jakości artystycznej nie ma tu nic do rzeczy.
Tyle komentarza, czas wrócić do koncertu. Bo oto na długość całej sali zaczyna rozwijać się rusztowanie, a na nim budynki. A właściwie wizualizacje budynków. Doskonale te budynki znamy – z grafik towarzyszących „Animals”. Wiązanka „Dogs” i „Pigs” wyczerpuje niejako temat „Pink Floydowego show”. Mamy muzyków w maskach świń, polewających sobie szampana. Mamy Watersa pokazujący transparenty „Pigs Rule The World” i „Fuck The Pigs”. No i przede wszystkim mamy to na co wszyscy obeznani w temacie czekali, czyli latającą świnię – z napisem „Pozostań Człowiekiem”. Ale mamy też i wizualizacje z Trumpem w roli głównej, zwieńczone hasłem „Trump To Świnia”. I tutaj Watersowi, dla którego USA są drugim bądź nawet pierwszym domem, bardziej wierzę niż jak się wypowiada o jakichkolwiek innych krajach (poza rodzimą Wielką Brytanią rzecz jasna). Zaangażowane społecznie wizualizacje towarzyszyły także powrotowi do „DSOTM” w postaci „Money” (te solówki!) i „Us And Them”. Szczególnie ten drugi, któremu towarzyszyły obrazki wojenne, a właściwie największych ofiar tych wojenne, poruszał do szpiku kości. Wkomponowany tutaj solowy „Smell The Roses” kończył tematykę polityczno-społeczną – podczas kończących set właściwy „Brain Damage” i „Eclipse” na objętość pół Ergo Areny wyświetlił się hologram ostrosłupa, nawiązujący do okładki „Ciemnej Strony”. Tak się kończy album i tak się zakończył set właściwy. Ale jak to tak, bez „Comfortably Numb”? Oczywiście że musiał zabrzmieć – i zabrzmiał, poprzedzony kolejną wiązanką z ostatniej solowej płyty bohatera wieczoru, „Wait For Her”/”Oceans Apart”/”Part Of Me Died” (jak dla mnie Kraków miał tu więcej szczęścia, bo oni otrzymali za to „Mother”), a ta z kolei poprzedzona była drugą przemową Watersa – choć tym razem chodziło głównie o przedstawienie zespołu.
Cieszę się że mogłem wreszcie zobaczyć na czym polega „Show Rogera Watersa” – choć trudno nie oprzeć się wrażeniu, że grywał on bardziej okazałe koncerty. Gdzieś tam wciąż mam też wrażenie, że Waters, mimo iż na starość zdaje się że odrobinę wyluzował, dalej ma w sobie to zgorzknienie i megalomańskie zapędy, które doprowadziły do rozpadu Pink Floyd i tego nie do pogodzenia konfliktu z resztą zespołu. Dlatego jakby musiał się decydować, to wciąż pozostaję w #teamgilmour.
najlepszy moment: WISH YOU WERE HERE (muzycznie), PIGS (THREE DIFFERENT ONES) (wizualnie)
ocena: 8,5/10
