W Głowie Się Nie Mieści
reżyseria: Pete Docter
Tylko ktoś wyjątkowo niezorientowany w realiach kinowych mógłby filmy animowane sprowadzić do roli produktu skierowanego wyłącznie do dzieci. Od czasu pierwszych, niewinno-naiwnych dzieł Disneya rozpiętość repertuarowa filmu animowanego powiększyła się na tyle, by pomieścić tak skrajnie różne filmy (a nawet całe podgatunki) jak „Shrek” z jego popkulturowymi fajerwerkami, wytwory wyobraźni twórców anime z Hayao Miyazakiego na czele („Ruchomy Zamek Hauru”, „Spirited Away” itp.) czy autorskie kino twórców z Europy jak Sylvain Chomet („Trio z Belleville”) chociażby – a gdyby się uprzeć, to i ekranizacje komiksów pokroju „Sin City” czy „300” można by tu włączyć. A jednak to wciąż wytwórnia Disneya dzierży palmę pierwszeństwa – i to nie tylko pod względem sukcesów komercyjnych, ale też i artystycznych, nawet jeśli te drugie zawdzięczają zawłaszczonemu dekadę temu studiu Pixar. Studiu, które zrewolucjonizowało rynek filmów animowanych za sprawą m.in. „Toy Story” i „Gdzie Jest Nemo?” – tak pod względem technicznym, wyciskając pełnię możliwości z formatu „animacja komputerowa”, jak i jeśli chodzi o odbiór filmu animowanego jako takiego, w którym dotychczas niemal niemożliwe wydawało się połączyć wysoką jakość z atrakcyjnością dla masowego widza. Wchłonięcie przez disneyowską korporację nie tylko nie wpłynęło w jakikolwiek sposób na filozofię tworzenia filmów przez Pixara, ale i nadało jego produkcjom tej niepowtarzalnej szlachetności, jakiej wciąż szukać tylko w „Królu Lwie” czy „Królewnie Śnieżce”.
O ile filmy Disneyowskie w głównej mierze celują w antropomorfizację zawężoną do zwierząt, tak u Pixara granic już nie ma – kochają i wzruszają zarówno ryby, szczury, jak i roboty. A co, jeśli emocjami dysponowałyby zabawki?. A co, jeśli emocjami dysponowałyby samochody? Zrobione, zrobione. Pójdźmy więc jeszcze dalej – a co jeśli emocjami dysponowałyby… emocje?
Patent przedstawienia procesów w ciele człowieka w formie żyjątek kierujących rozmaitymi panelami sterowania nie jest nowy, wystarczy przypomnieć kultowe „Było Sobie Życie”. Ale nie przypominam sobie, by ktokolwiek pokazał to, co dzieje się w umyśle człowieka. A już na pewno nie kojarzę aby ktoś to zrobił w równie genialny sposób.
Teoretycznie głównym bohaterem „W Głowie Się Nie Mieści” jest jedenastoletnia Riley, nie wyróżniająca się specjalnie spośród rówieśników – pomijając oczywiście dawkę uroku osobistego umożliwiającego interesowanie się jej losami przez półtorej godziny filmu. Przełomowym wydarzeniem w jej życiu staje się wyprowadzka z rodzicami do innego miasta, a co za tym idzie – zmiana otoczenia, zmiana szkoły, zmiana ludzi wokół. Kto przerabiał problemy w związku z przejściem ze szkoły podstawowej do liceum (czy też w przypadku młodszych roczników – ze szkoły podstawowej do gimnazjum) zrozumie, jak może się czuć główna bohaterka i jakie emocje mogą nią kierować… no właśnie. I tu wkraczają nasi bohaterowie, czyli wspomniane Emocje. A konkretnie piątka: Radość, Smutek, Złość, Strach i Odraza. Każda skrajnie inna, w zachowaniu i wyglądzie. Smutek w wizji twórców ma więc postać otyłej okularnicy, Strach wygląda jak połączenie SpongeBoba, HellBoya i znienawidzonego szefa w Twojej pracy, a Odraza jak zmianierowana Paniusia. Pomimo różnic ich dzielących nie mają większych problemów ze współpracą, pozwalającej Riley prowadzić zbalansowane emocjonalnie (jak na dziecko rzecz jasna) życie. Do czasu wspomnianej przeprowadzki, który dla głównej bohaterki staje się początkiem kryzysu emocjonalnego, a dla Radości i Smutku – początkiem tarapatów i Długiej Podróży, podczas której nauczą się siebie na nowo i zrozumieją swoje role w życiu Riley.
Jeśli z powyższego akapitu nie wynika geniusz tego filmu, to postaram się go wyłożyć jeszcze bardziej bezpośrednio. Chociaż… od czego właściwie zacząć? W pierwszej kolejności – absolutnie fenomenalne jest, jak bardzo zazębiają się oś fabularna Riley z tą, która dzieje się w, hm, jej głowie. Jestem pewien, że twórcy filmu inspirowali się nie tylko pracami rozmaitych psychologów, ale też i Roberta Altmana, który takie prowadzenie historii na kilku płaszczyznach opanował do perfekcji. Co najważniejsze – nie ma to nic wspólnego z prostym „Pani Smutek wciśnie guzik, więc Riley czuje smutek”. Przelot między działaniami Emocji i poczynanami Riley jest tak naturalny, wręcz nieświadomy, że czasem aż można się zastanowić, czy to Emocje kierują Riley, czy Riley Emocjami. I kiedy w wyniku splotu okoliczności Radość ze Smutkiem zostają „wyrzucone” z głównego centrum dowodzenia, ma to także naturalne przełożenie na zachowanie Riley, która staje się w pewnym momencie apatyczna i zniechęcona do wszystkiego.
Stan psychiczny Riley w wyniki przeprowadzki i związanej z nią wspomnianej apatii to coś, czemu można tylko współczuć, ale fakt jest taki, że dzięki temu poznajemy świat jej psychiki, a co za tym idzie – wytwory wyobraźni twórców filmu. Opisanie tego wszystkiego mogłoby zająć całego osobnego bloga, poza tym byłoby bezcelowe – bo to trzeba zobaczyć na własne oczy. Wszystkie te Fabryki Snów (przedstawione oczywiście w formie hollywooodzkiego studia filmowego), Centra Myśli Abstrakcyjnej, Śmietniki Wspomnień – składa się to na materiał, który być może za ileś lat pozwoli stać się „W Głowie Się Nie Mieści” materiałem dydaktycznym dla szkół. Co jednak znów najważniejsze – wszystko to ma, znów, fenomenalnie logiczne przełożenie na zachowanie Riley, bez wyjątku. Choćby przykład Bing Binga – wyimaginowanego przyjaciela, który jak każdy wyimaginowany przyjaciel musi ustąpić miejsca i zwyczajnie zniknąć na Śmietniku Wspomnień. Spoiler? Nie, dla każdego, kto choć trochę rozumie procesy zachodzące w jego głowie/umyśle.
No i być może najważniejszy aspekt całości, czyli mnogość interpretacji – tu znów nie rozwinę tematu by nie psuć zabawy tym którzy są jeszcze przed seansem filmu. To co jednak najlepsze to fakt, że w większości będą one zrozumiałe i dla dorosłych i dla dzieci. Mimo sympatii i szacunku dla „Shreka” nigdy nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jego percepcja w przypadku widza dziecięcego jest znacznie uboższy od odbioru filmu przez dorosłych, rozumiejących multum odniesień do świata popkultury. W „Głowie Się Nie Mieści” nic takiego nie ma – ten film trafia do dorosłych nie poprzez nawiązania do gwiazd Pudelka czy fekalnych dowcipów, a za sprawą przesłania i poruszania tych strun w sercu, których czas się nie ima.
W 1995 „Toy Story” przewróciło świat filmowy do góry nogami. Po dwudziestu latach czas, by zrobili to samo, tyle że w kontekście nagród Oscarowych. Kreskówka Filmem Roku? Teraz albo nigdy.
najlepszy moment: za dużo by wymieniać
ocena: 9/10
