rageman.pl
Film

Birdman

rok: 2014

reżyseria: Alejandro González Iñárritu

 

Jakie znacie najbardziej oklepane frazesy, jakie widzicie w recenzjach? Każdy ma swoich ulubieńców w tej materii, w moim zaś absolutnym topie znajduje się jeden tekst: „przerost formy nad treścią”. Niby wszyscy wiemy o co chodzi, często stosujemy (nie ukrywam, że i mnie się zdarza), ale zastanówmy się – czymże konkretnie jest ten mityczny przerost formy? A konkretniej – gdzie konkretnie przebiega granica? Bo czy to, że jakieś dzieło ma formę bardziej charakaterystyczną i mogącą zapisać się w historii bardziej niż treść jest czymś złym? Weźmy np. zespół Meshuggah. Brzmienie (czyli forma) jak żaden inny zespół na świecie, ale zdarzają się im lepsze i gorsze albumy, tj. z lepszymi i gorszymi piosenkami (zakładając, że można taką obiektywną ocenę wystawić). Ale czy to oznacza, że w przypadku tych gorszych albumów forma przerosła treść? Jasne, są dzieła typu ultraartystyczne, których nikt poza samym ich autorem nikt nie rozumie i tutaj, w takich skrajnych sytuacjach, to sformułowanie pasuje jak ulał. Ale co z filmami, które mają tak genialną, wybitną formę, że treść, choćby nie wiadomo jak się starała, nie jest w stanie tej formie dorównać?

I tu dochodzimy do casusu „Birdmana”. Filmu formalnie wybitnego, żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie i po chłopsku – rozjebującego system. Słynne już „jedno ujęcie”, choć jak się okazuje czytając o kulisach powstawania filmu – ociupińkę ściemnione, ale i tak „na kolana” za pomysł i wykonanie, idealnie pasujące do „teatralnej” tematyki dzieła. Muzyka, będąca właściwie po prostu jedną solówką perkusyjną (przeplataną muzyką klasyczną”), w przepyszny sposób podkręcająca dynamikę filmu. Aktorstwo – właściwie każda rola to majstersztyk, ale poza wciąż za mało docenianym Edwardem Nortonem film to przede wszystkim show Michaela Keatona. Trzeba tu oczywiście o genialnej przewrotności w obsadzeniu tej roli. Bo przecież Keaton, odtwórca roli Batmana, z której w pewnym momencie zrezygnował co okazało się początkiem końca jego kariery i nagle wielki comeback – streściliśmy tu zarazem fabułę „Birdmana”. Wieść gminna niesie, że Keaton czytając po raz pierwszy scenariusz zapytać się Inarritu czy robi sobie z niego jaja. A skoro wspomnieliśmy o Inarritu, to muszę przyznać, że „Birdman” mocno wyróżnia się na tle jego artystycznego emploi i po genialnym debiucie „Amores Perros” i lekką zniżką formy w okolicach „Babel” (choć to wciąż, z dzisiejszej perspektywy patrząc, bardzo dobry film) sam ten film może odbierać jako comeback także dla niego samego.

No dobra, to co z tą treścią? Być może to kwestia poprzeczki zbyt wysoko zawieszanej przez rozmaite czynniki – począwszy od entuzjastycznych recenzji, poprzez Oscary, na opinii znajomych kończąc. Usłyszałem przez obejrzeniem filmu od jednej z osób że to obraz zmieniający życie, dający mobilizującego kopniaka itp itd. Przepraszam, może jestem nienormalny i za krótko byłem w wojsku, ale nic takiego nie dostrzegam. Jasne, kibicujemy głównemu bohaterowi, trzymamy kciuki by pokonał bariery zewnętrzne i te we własnej głowie, ale żeby miało to wpływ na własne postrzeganie świata? Może to kwestia różnic kulturowych i społecznych – trudno przeciętnemu obywatelowi wczuć się w skórę kogoś, kto dobrowolnie zrezygnował z wielkiej kariery i uwielbienia tłumów. A może to właśnie ta forma tak lśni, że trudno specjalnie skupić się na treści?

Warto wspomnieć też o kwestii jawnego hejtu w kierunku „Birdmana” czynionego przez co poniektórych światłych recenzentów. Że to film fundamentalnie zły i szkodliwy, będący artystyczną wydmuszką kierowaną do środowiska Akademii Filmowej, która uwielbia historie o własnej branży, stąd ten szereg Oscarów. Gruba przesada, dyskredytująca ów aspekt wizualny, który na pewno zapisze się w historii kina. Ale faktem jest, że treść „Birdmana” nie daje na tyle silnej argumentacji, by zbyć tę krytykę.

Czy warto obejrzeć „Birdmana”? Po stokroć tak. Czy będziemy pamiętać go za przysłowiowe sto lat? Jest bardzo duże prawdopodobieństwo. Ale czy jest to film ważny nie tylko w skali branży filmowej, ale tej „ostatecznej”, ludzkiej? Niestety wątpię.

 

najlepszy moment: Michael Keaton

ocena: 8/10 (z podkreśleniem – wszystko co można podpiąc pod „formę” to 10/10)

Leave a Reply