rageman.pl
Muzyka

Led Zeppelin – Presence

rok wydania: 1976

wydawca: Swan Song

 

Weekendowa zmiana klimatu. W końcu ile można tego hip hopu słuchać.

Led Zeppelin. Ahhhhhh. Wielokrotnie poruszaliśmy temat wyraźnego podziału dyskografii tej legendy na okres wcześniejszy i późniejszy oraz co z tego podziału wynika. Trudno znaleźć drugi zespół, którego całkiem przecież pokaźna część dyskografii była tak mimo wszystko niedoceniana, wręcz traktowana po macoszemu.

Choć akurat „Presence” to nienajlepszy wybór, by mówić o powyższym zjawisku. Bo ten album mógłby równie dobrze nazywać się „V”, nawiązujac do słynnej led zepowej tetralogii. Ba, mógłby on stanowić brakujące ogniwo miedzy debiutem a „Dwójką”. Jonesowe klawisze są tu praktycznie nieobecne, podobnie jak gitary akustyczne (wyjątek „Candy Store Rock”, ale i tak jadą one unisono ze znacznie głośniejszą gitarą elektryczna), nie mówiąc już o jakichkolwiek innych instrumentach. Całość podporządkowano riffowej maestrii Page’a. Na tyle, że właściwie ciężko tu mówić o fragmentach stanowiących popis kunsztu pozostałych członków zespołu. Fragmentach, w których to właśnie Bonham czy Jones wiedli by prym.

Taki stan rzeczy łatwo zrozumieć, jeśli spojrzy się na creditsy poszczególnych kompozycji. Właściwie tylko pod jednym – „Royal Orleans” – podpisał się cały zespół. Cała reszta to już robota spółki Plant/Page. Dodatkowo całość zarejestrowano w niecałe trzy tygodnie, dzięki czemu nabrała ona pysznego, surowego, improwizacyjnego wręcz posmaku płyt Zeppelinów z końcówki lat 60-tych.

Z drugiej strony – trudno nie dostrzec, ze to jednak już nie ta energia. Uwielbiam ten album, co zresztą odzwierciedla końcowa ocena, niemniej cholerstwo jest piekielnie nierówne. I jednak mi osobiście ciężko zaakceptować to, ze panowie tutaj wydają się rzucać w niepamięć doświadczenia, jakie przyniosły im „Physical…”, „Houses…” a nawet „IV”. Wyjątkiem otwierający całość „Achilles Last Stand”. 10-minutowy kolos, rzecz skrajnie epicka – za sprawą tak muzyki, jak i tekstu (choć to drugie to nic nowego, wiadomo że Plant to fantasta pierwszej wody). Utwór o perfekcyjnie wykreowanym tempie, na którym (niestety) wzorował się Iron Maiden i całe speed metalowe towarzystwo. Ale zapomnijmy o tej przykrej konsekwencji i radujmy się tym jednym z najlepszych obok „Kashmiru” czy „No Quarter” tracków dojrzalszego (przynajmniej metrykalnie) Led Zeppelina.

Bo już taki „For You Life”, z posuwistym riffem i niespieszną grą sekcji rytmicznej to reprezentatywny dla tej płyty przykład powrotu do korzeni (z tej samej linii produkcyjnej wywodzi się „Hots On For Nowhere” z uroczym, choć banalnym podśpiewywaniem w refrenie). Inna sprawa, że nie muszą to być powroty do korzeni samej Zeppelinowej stylistyki. Taki „Nobody’s Fault But Mine”, słusznie pamiętany jako drugi klasyk z tej płyty, to kolejna nie-do-końca-typowa (choć tym razem odbywająca się, w przeciwieństwie do zapożyczeń z debiutu, na legalu) interpretacja bluesowego evergreena Blind Willie Johnsona, z kapitalnymi breakami/refrenami. „Royal Orleans” brzmi też na wskroś klasycznie, choć z drugiej strony dzięki specyficznej grze gitary łatwo mi go sobie wyobrazić w repertuarze… Red Hot Chili Peppers. Szok? No to posłuchajcie singlowego „Candy Store Rock”, gdzie Plant śpiewa niczym Król Elvis, a i reszta kapeli dotrzymuje mu kroku w tej konwencji. W sumie sympatyczna piosenka, ale jednak bez szans na wyraźniejsze zapisanie się na kartach historii Led Zeppelin. Co zresztą jest bolączką większości materiału – wszystko świetnie, ale poza „Achillesem” i „Nobody’s Fault” nie wyobrażam sobie reszty materiału w moim prywatnym TOP20 Led Zeppowych numerów. Co na pewno świadczy świetnie o twórczości zespołu (przypominam – 9/10), ale już niekoniecznie o samym „Presence”. By jednak obronić ten materiał – na pewno lepiej on wypada jako całość aniżeli suma wszystkich 7 utworów. No i też pewien niesmak wzbudza closer albumu w postaci „Tea For One”, o którym wciąż nie wiem co o nim sądzić. Z jednej strony cudnie posępny bluesior, ale przecież to kalka „Since I’ve been loving you”. Takie akcje trochę nie przystają Największemu Zespołowi Rockowemu Świata.

Podobno to ulubiony album Page’a. W sumie teoretycznie można to zrozumieć. Na papierze to przecież połączenie feelingu pierwszych nagrań z kunsztem i doświadczeniem wypracowanym przez lata. A jednak coś zgrzyta. No bo jak, lepszy niż „IV”? Czy nawet „II”? No nie godzi się.

 

najlepszy moment: ACHILLES LAST STAND

ocena: 9/10

Leave a Reply