rageman.pl
Muzyka

Frontside – Absolutus

Absolutus_Frontside,images_big,22,MYSTCD030rok wydania: 2006

wydawca: Mystic

 

Być może świadczy to o słabości naszego rynku muzycznego (czy raczej jego niewielkich rozmiarach), ale tak jakoś wyszło, że od paru notek mówimy tu o kapelach, które w swym gatunku muzycznym są czołowymi reprezentantami ich polskich odmian. Wprawdzie Frontside nie jest tak popularny za granicą jak Riverside, ani też chyba nie odgrywał tak pionierskiej roli jak Corruption dla lokalnego stoner grania, trudno jednak zakwestionować fakt, iż większość rodzimych fanów muzyki na hasło „metalcore w Polsce” w pierwszej kolejności myśli właśnie o załodze z Sosnowca. Nie śledzę rozwoju gatunku na bieżąco, ciężko mi zatem powiedzieć, ile w muzyce Frontside jest twórczej korespondencji z liderami tego nurtu, a ile zwyczajnego kopiowania zagranicznych rozwiązań. Wiem na pewno natomiast, że „Absolutus” jest ofiarą przykrej plagi, która przetoczyła się przez metalcore’owy krajobraz w czasie jego największej komercyjnej popularności.

Początki popularności Frontside zbiegły się z moją największą fascynacją ciężkim graniem czyli okresem licealnym wraz z pierwszymi latami na studiach. Jawili mi się wtedy jako zbawcy metalowego grania w Polsce, odtrutkę na schematy ekstremalnego grania, jakie rządziły wtedy u nas i poza które mało kto odważył się wychodzić (a jeśli już tak czynił, to przeważnie chodziło o numetal, który do dziś nie doczekał się sensownego, nie żenującego reprezentanta). Może i trochę groteskowi w swym przekazie i łatwym do przedrzeźniania stylu pisania tekstów („CZY JESTEŚCIE GOTOWI NA PRZYJĘCIE BARANKOOOOAAAAAAARRRR????!!” – Kielich, pozdrawiam Cię!), mimo to piekielnie (sic!) intrygujący. Potem jednak pojawił się „Zmierzch bogów”, a wraz z nim „Naszym przeznaczeniem jest płonąć”. Owszem, rzecz wpadająca w ucho, ale w sposób nachalny, mająca więcej z gwałtu aniżeli przyjemności. Jeśli choć raz słyszeliście „Ona tańczy dla mnie”, a na pewno tak się stało, to wiecie o co mi chodzi. Wtedy pojawiło się moje pierwsze zwątpienie w zespół. Z wydanym dwa lata później „Absolutusem” dałem sobie niemal od razu spokój, w młodzieńczym buncie wyrzucając album na śmietnik zapomnienia.

I dziś się okazuje, że moja wciąż jeszcze gówniarska intuicja mnie nie zwiodła. Paradoks mojej dzisiejszej percepcji polega na tym, że jako wielbicielowi melodii, a zarazem coraz mniejszemu entuzjaście metalowego czadu, to odmienione oblicze Frontside powinno się przecież podobać. Nie ma oczywiście co przesadzać – to płyta jak najbardziej metalowa, nie popowa. I w samej metalowej kategorii dość wszechstronna – o ile ktoś odróżnia melodyjny death metal ze Szwecji (” Martwe Serca”) od metalcore’a rozumianego jako połączenie metalu z drive’m hardcore’u („Droga Krzyżowa”), a growl („Piekło Czeka”) od blackowego skrzeku („Dotyk Przemienienia”). Są tu słyszalne patenty, które mi już na zawsze mile będą się kojarzyć – choć całkiem prawdopodobne, że tylko ja w „Pod Ciężarem Milczenia” słyszę Meshuggah. Czyli dzieje się dużo, tyle że dla entuzjastów łomotu. Osoba mająca trochę inne priorytety muzyczne będzie wymagała więcej. W metalu naprawdę można wymagać więcej.

I tu się okazało, że panowie z Frontside, niczym Grzesiu Markowski z Perfectem, niewiele mogą dać. A słuchając niektórych refrenów wolałoby się, by nawet nie próbowali dawać. Pół biedy w przypadku np. „Martwych Serc” – refren banalny, ale w sumie mega prosty w konstrukcji, da się go potraktować w kategoriach chwili wytchnienia między kolejnymi kanonadami dźwięków. Gorzej, kiedy zespół porywa się na bardziej wymyślne refreny, jak „Nie ma Chwały Bez Cierpienia” – przeszywający dreszcz poczucia żenady jest nie do powstrzymania. Zupełną kompromitacją są „Wspomnienia Jak Relikwie” – to już czyste disco polo w refrenie. Serio, aż dziwi mnie, że jeszcze nikt nie wpadł na pomysł mashupu z „Co Ty Mi Dasz” Migu – zazębiało by się idealnie. Ładną w gruncie rzeczy aranżację ma akustyczno-smyczkowy „Nieodwracalny”, ale znów przez nieudolność melodii trąci to „Znakiem Pokoju” Dody. Najlepiej-  tj. na tyle chwytliwie, by chociaż załapać się do szufladki „guilty pleasure” – wypada „Wybraniec”, z nietypowymi, gotyckimi jakby zwrotkami.

Byśmy źle się nie zrozumieli – nie neguję metalcore’a w jego współczesnym rozumieniu, czyli opartego na schematach „wyziew w zwrotce – przebój w refrenie”. Jest to poruszanie się po śliskim gruncie, ale tacy Killswitch Engage czy In Flames potrafią wyjść z takich sytuacji zwycięsko. Frontside na „Absolutus” ponosi porażkę za porażką. Brawa za podjęcie próby (nie przesadzałbym z użyciem słowa „odwaga”), ale niestety efekt pokazuje, że tworzenie fajnych melodii to trochę wyższa szkoła jazdy niż miażdżenie blastami.

 

najlepszy moment: WYBRANIEC

ocena: 6,5/10

Leave a Reply