rageman.pl
Muzyka

Corruption – Bourbon River Bank

266214rok wydania: 2010

wydawca: Mystic

 

Jeśli ktoś jeszcze nie zdążył zauważyć – w końcu znalazłem sponsora tego bloga, jakim okazała się wytwórnia Mystic. Nie, ale serio – ta ich promocja płyt z katalogu jest świetna. Trochę mi brakowało na tym blogu pisania o polskiej muzyce, a jako że na początku mego blogowania przyjąłem zasadę pisania tylko o oryginalnych wydawnictwach (lub darmowo oferowanych w Internecie), niewiele lokalnych bandów się tu załapywało. Aż do teraz. Swoją drogą ciekawe co zmusiło prowadzoną przez Michała Wardzałę firmę do takiego kroku…

Tyle dygresji, która niewiele ma wspólnego z tematem dzisiejszej notki – po prostu zachęcam do zakupów, skoro dają prawie bezcen. Jeśli zaś chodzi o Corruption – „Bourbon River Bank” stanowi nie tylko fonograficzny powrót po 5 latach, ale i debiut w barwach Mystic Production. Nie wiem czy sam zespół postrzega zmianę wytwórni w kategorii progresu, na pewno jednak sama muzyka stanowi krok naprzód w stosunku do „Virgin’s Milk” i płyt wcześniejszych. Nie abyśmy mówili o rewolucji jakiejś, jeno dopieszczanie stylistyki, obranej wraz z pojawieniem się w 2000 roku w składzie Rufusa (z poprzednim wokalistą Corruption grał w bardziej doomowych klimatach). Stylistyki, która pomimo stonerowej łatki niekoniecznie przekona słuchaczy, którzy na ten gatunek załapali się poprzez Queens Of The Stone Age, a także tych doceniających obecność pierwiastka psychodelii w tym gatunku.

Klucz do zrozumienia zawartości „BRB” tkwi w konieczności dopisania do „stoner” drugiego istotnego członu: „metal”. Już samo brzmienie płyty nie pozostawia wątpliwości, że nie należy się spodziewać występu Corruption na takim Heineken Open’er Festival (piję oczywiście do tegorocznego udziału QOTSA w gdyńskim festiwalu). Ale i w samych kompozycjach panowie dbają w pierwszej kolejności o jak największą wyrazistość riffów, by groove całości bujał bardziej niż wypicie cysterny whiskey, a i aby mosh na koncercie dało się uskutecznić. Czyli, jeśli już, to prędzej Monster Magnet, a także wszystko to, co kojarzy się z southern rockiem – także pod względem wizualno-lirycznej otoczki, pełnej mocniejszych alkoholi, diabła (bardziej jako kompana do picia aniżeli postaci, której należałoby się bać) i, choć już w mniejszym stopniu niż na poprzednich albumach, seksualnych aluzji. Choć ten Josh Homme jest tu także jak najbardziej obecny, tylko że we wcześniejszej, Kyussowej postaci – początek „Devileiro” to wypisz-wymaluj „Blues For The Red Sun”.

Co jeszcze? Na pewno Motorhead w tych szybszych fragmentach pokroju „Engines” (fajny motyw z pstrykaniem palców pomysłu producenta płyty, Perły) i „One Point Losers” (będący rozbrajającą opowiastką o udziale Corruption w eliminacjach do występu na Wacken Open Air w 2007 roku). Podniosły, w klasycznie rockowym duchu, najlepszy w całym towarzystwie refren „Pillow Man”. Swoją drogą, totalnie rozwaliła mnie geneza tego kawałka – tekst, który brzmi jak klasyczno-schematyczna tęsknota za czekającym w domu Obiektem Miłości, okazuje się być pisany z perspektywy… dziecka odwożonego do przedszkola. No i otwierający całość, stricte akustyczny „Belzeboss”, naszpikowany dźwiękami drumli. Przyznam, że to fragment, który najbardziej zapadł mi w pamięć. Ze względu na jego nietypowość ostatecznie wyróżniam kompozycję tytułową – z przesympatycznym riffem i wokalem Rufusa, pocieszną wstawką a’capella i solówkami harmonijki (nie jedyną zresztą na płycie) i organów Hammonda.

Płyta, mimo wszystko, bardziej porywa stylizacją aniżeli samymi kompozycjami, ale i tak z mojej strony pełen szacunek za wytrwałość i konsekwencję w propagowaniu pustynnych brzmień w mało pustynnej Polsce. No i czekam na następczynie, przygotowaną w drastycznie odmienionym składzie.

 

najlepszy moment: BOURBON RIVER BANK

ocena: 7/10

Leave a Reply