Fat Tony – RABDARGAB
wydawca: DIY
Kontynuujemy wątek Fat Tony’ego. Czas pomówić o jego pierwszym i jak dotąd ostatnim legalu.
Wspominaliśmy, że wydany w tym samym roku previewowy mixtape nie dawał odpowiedzi, dlaczego Tony wręcz przepadł z kretesem na rynku. Cóż, pełnowymiarowy album jest już w stanie powiedzieć coś więcej na ten temat. No i mówi. Z tej mąki wielkiego chleba być nie mogło.
No, może przesadzam, wciąż wolę słuchać takiego bezpłciowego Tony’ego niż oryginałów pokroju Chrisa Browna. Tym bardziej, że całości nie słucha się z bólem uszu, a parę fragmentów naprawdę brzmi kozacko. Jak otwierający stawkę, przebojowy „Nigga U Ain’t Fat”, grubaśny w podkładzie, obłedny w refrenie i z Mursem na ficzurze „Luv It Mayne” czy oparty na prześlicznej partii fleciku „Wake Up World”. Ale nie ma tu absolutnie nic, co w jakikolwiek sposób wyróżniałoby ten album spośród masy innych, tak jeśli chodzi o warstwę instrumentalną, jak i wokalną. No i choć ostatnio celuję w minimalizm, jeśli chodzi o objętościowy aspekt wydawnictw muzycznych, to tutaj jednak trochę Tony przesadził – te 36 minut zlatuje niepostrzeżenie.
Dla wielbicieli gatunku ocena jak niżej. Reszta nie musi zawracać sobie głowy.
najlepszy moment: LUV IT MAYNE (FEAT. MURS & BO P)
ocena: 7,5/10
