Sticky Fingaz – Blacktrash: The Autobiography Of Kirk Jones
rok wydania: 2001
wydawca: Universal
Wracamy do wątku Sticky Fingaz’a. Dziś o jego solowym debiucie.
Najkrócej rzecz ujmując – na bogato. Kontrakt z Universalem pozwolił przede wszystkim na zebranie rap-śmietanki towarzyskiej. Dave Hollister z Blackstreet podśpiewuje w „Baby Brother”, Reakwon wymienia się wersami z głównym bohaterem w „Money Talks”, a Petey Pablo w „Ghetto”. Sam Eminem odwdzięcza się za ficzur FIngaza na „Marshall Mathers LP”, robiąc w swoim komiksowym stylu refren „If I Was White”. Prawdziwa bomba w tym kontekście to jednak „State vs Kirk Jones”, gdzie mamy aż sześciu gości, w tym Redmana i Canibusa (który, jak rap archeolodzy wiedzą, niedługo potem wszedł z Eminemem w konflikt). Ze starych znajomych pojawia się Fredro Starr w „Get It Up”.
Jednak to nie w featuringach tkwi siła tego albumu. Formuła konceptu w hiphopie nie jest aż tak popularna jak w rocku, niemniej paru raperów mierzyło się z tematem, przez co nie wypada propsować już za sam pomysł. Mimo to Kirk Jones (bo tak zwie się naprawdę Sticky) sprostał wyzwaniu w sposób kapitalny – ta płyta naprawdę ma w sobie Historię. Oczywiście mało oryginalną, bo osadzoną w klimacie tym samym co 99% rap-albumów ze Stanów Zjednoczonych. Czyli, jakby ktoś się nie domyślał – ulica, gangsterka, dziwki. A jednak dało się to opowiedzieć w sposób intrygujący, tak formalnie (choćby wspomniany „State vs Kirk Jones”, mający formę dialogów z rozprawy sądowej, gdzie gościnnie występujący raperzy wcielają się w świadków), jak i pod względem dość zaskakującej treści (dialog z Bogiem w fenomenalnym „Oh My God” czy nastrojowy „Sister I’m Sorry). Całość kończy przewrotny w kontekście porzedzającego go skitu (których na płycie od groma) cover Armstronga „Wonderful World”. By konceptualności stało się zadość, poza skitami mamy też kilkuczęściowy „Kirk Jones Conscience”, w których główny bohater w formie „głośnego myślenia” podsumuje bieżące wydarzenia.
Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to warstwa instrumentalna – paradoksalnie mniej zróżnicowana niż na „Decade”, pozbawiona właściwie eksperymentów. Niemniej całość należy wręcz ocenić wyżej niż wydany w 2003 album. I jednocześnie zasmucić się faktem, że taki mini-klasyk jest rozdawany w sieci za darmo z powodu braku zainteresowania Universalu reedycją.
najlepszy moment: OH MY GOD
ocena: 8/10